sobota, 17 grudnia 2011

Miesiąc z moim Tygryskiem!


                Dokładnie miesiąc temu zaczęliśmy nasz związek… Od samego początku wiedziałam, że to jest właśnie coś, czego szukałam. Dopiero z nim naprawdę zaczęłam żyć. To była miłość od pierwszego… jeżdżenia. Mowa oczywiście o moim Tygrysku, który fachowo też nazywa się Honda Wave Alpha, czyli pół-automatyczny motorek znacznie ułatwiający życie w Ha Noi. Nazywam go motorkiem, niektórzy mówią na to po prostu motor, albo zabawniej „skuter z biegami”, których mój Tygrys posiada 4, tak jak wszystkie modele tego typu.
                Jazda motorkiem po mieście jest absolutnie niesamowita! Z perspektywy pasażera wydawało się być cholernie trudne przeciskanie się między setkami innych motorków i skuterów, ale wystarczyło wsiąść na motor, włączyć się w ruch uliczny i proszę! Jazda jak się patrzy! Teoretycznie nikt nie przestrzega żadnych przepisów drogowych (o ile takie w ogóle tutaj istnieją), czerwone światła są respektowane tylko w godzinach szczytów na wielkich skrzyżowaniach (co nie zmienia faktu, że gdy zegar odliczający czas do zapalenia się zielonego wskazuje pozostałe 7, czy 5 sekund wszyscy już ruszają), pasy na jezdni namalowane są chyba tylko dla formalności. Lawirowanie między taksówkami, motorami, autobusami (które swoją drogą są jak potwory, nie liczą się z nikim, po prostu jadą i trzeba przed nimi uciekać) jest niesamowicie przyjemne. I jak już wspomniałam, nikt nie przestrzega ewentualnych przepisów, ale można odnaleźć logikę w sposobie jeżdżenia. Wystarczy jechać przed siebie i patrzeć, czy nikt nie wjeżdża nam pod koła, nie interesując się zbytnio tymi którzy jadą za nami. Wystarczy jechać zygzakiem po ulicy, wymijając się nawzajem i patrzeć na kierowców przed nami, ewentualnie odtrącać łokciami tych obok nas. Bo takie dokładnie są odległości jednej maszyny od drugiej. Nie ma żadnego jechania, jeden za drugim. Po prostu masa motorów, gdzie każdy się wymija, lawiruje itp. Itd. W odległości takiej, byle za bardzo nie obcierać lakieru, albo nie przypalić komuś nogi rurą wydechową ;) tak to właśnie wygląda. Mam nadzieję, że uda mi się nagrać filmik z jazdy w godzinach szczytu, bo żadne słowa nie są w stanie oddać tego, co faktycznie dzieje się na ulicach.
                Po mieście nieustannie krążą poszukujący klientów „przewoźnicy” w postaci faceta na motorze. Podjeżdżają zawsze i wołają „Madame, motorbike, veri cip! Veri cip!”. Jestem niesamowicie wdzięczna, że posiadam swój „veri cip motorbike” i z tej radości czasami dla żartu sama poklepuję zachęcająco siedzenie za mną wołając dokładnie to samo co owi panowie.
                Klimat wyraźnie się ochłodził, co przyjmuję z pewną ulgą. Jednak oczywiście brak tutaj czegoś takiego jak ogrzewanie, więc w pokojach naszego cudownego akademika jest jednak chłodno. Najbardziej dokuczliwy jest jednak chłód podczas późnych powrotów do domu, bo jednak jadąc motorem mocno wieje. Dobrze, że zabrałam z Polski swój ukochany goretex, który przydaje się właśnie na motor, chroniąc przed wiatrem i deszczem.
                Każdy ma swój sposób na chłodniejsze dni. Wietnamczycy chodzą w grubych swetrach, pikowanych kurtkach, czapkach, szalikach, rękawiczkach i… japonkach. Oczywiście, co elegantsze panny ubierają kozaki na szpilkach, ale jednak wciąż widać pełno tubylców, którzy ubrani są jak na Syberię, ale do tego noszą japonki, klapki, sandałki itp. Czasami do japonek wkładają skarpety. Podobnie owe eleganckie kobitki. Bardzo często widuje się stopę odzianą w piękne szpilki i fioletowe skarpety w misie. Niby nic nowego, ale zawsze to zabawnie sobie na to popatrzyć.
                Czas przejść do tematu jedzenia! Wraz z Motorówą, Zupą i Krisem jadłam kacze embriony. Ugotowane. Muszę przyznać, że są bardzo smaczne, szczególnie oczy. Nie, ja mówię zupełnie poważnie. Siedzieliśmy sobie w nocy na małych stoliczkach, bo jakżeby inaczej, na Flower Market i jedliśmy te jajeczka z małymi kaczuszkami. Rewelacja!
                Wczoraj, tradycyjnie poszłam „coś zjeść” z moją stałą ekipą wietnamskich znajomych. Zazwyczaj wychodzimy między godziną 2 a 4 w nocy i przeważnie jemy zupę pho, makaron, jajka, obgryzamy kości z kurczaka (u nas takie kości dostaje już do jedzenia piesek, tutaj na stole ląduje miska z resztkami którymi wszyscy się ze smakiem zajadają) itp. Natomiast wczoraj ze zdziwieniem zaparkowałam motor w zupełnie innym miejscu i na stoliczku wylądowały półmiski z małżami, ślimakami i przepiórczymi jajeczkami, również z embrionem. O ile jajeczka moczone w ostrym sosie były znośne, a także (choć nigdy bym się tego po sobie nie spodziewała) zasmakowały mi małże, o tyle ślimaki smakują po prostu potwornie. W przypadku ślimaków i małż procedura wygląda podobnie: bierze się metalowy szpikulec i wydłubuje z muszli glutowatą zawartość. Kiedy ktoś podaje mi nadzianą glutowatą zawartość na szpikulec nie wypada odmówić i nie przyjąć tego, co mi dają, bo to jest niegrzeczne. A że w owym gronie znajduje się ktoś (nazwijmy do Panem Szkło), kto zawsze nakłada mi do miseczek i ogólnie podaje różne przysmaki, to trochę tych glutów musiałam przecierpieć. Za to moi wietnamscy znajomi wcinali, aż im się uszy trzęsły. Uwielbiają owe ślimaki i małże. Systematycznie napełniane półmiski znikały bardzo szybko, choć mnie się wydawały, że miną całe wieki, zanim będę mogła pojechać zjeść coś normalnego, czego domagał się mój burczący brzuch ;) nie zmienia to faktu, że każde wspólne posiedzenie przy jedzeniu jest bardzo wesołe i uwielbiam tak spędzać czas.
                Nie opuszczając tematu jedzenia, warto wspomnieć o jedzeniu ryżu z… ziemniakami. Dosyć często chodzimy na ryż, do którego dobiera się kilka dodatków z różnego rodzaju mięs, warzyw itp. Jednym z dodatków są smacznie przyrządzone ziemniaki pokrojone w plasterki i zazwyczaj są one na talerzu kilkorga z nas, jeśli idziemy jeść w kilka osób. Nie widziałam w tym nic dziwnego, dopóki Trener nie rzucił hasła: „nie ma to jak jeść ryż z ziemniakami”. Faktycznie…
                Procedura zamykania barów przez policję wciąż mnie dziwi. Nie chodzę już do Bucket Bar, bo to miejsce przestało istnieć. Od dłuższego czasu przesiaduję we Flow Bar, gdzie pracuje większość ludzi z Bucket i to właśnie z tą ekipą co noc chodzę jeść. Miejsce to bardziej przypadło mi do gustu niż nieistniejący już Bucket. W każdym razie, tutaj policja przychodzi zazwyczaj około godziny 0:00 – 1:00, goście opuszczają bar (jestem chyba uprzywilejowana, bo nigdy nie wychodzę razem z innymi), po to, by wrócić po 10ciu minutach, kiedy muzyka rozbrzmiewa na nowo. Po jakimś czasie policja wraca i sytuacja się powtarza. I tak nawet do 3ch, 4rech razy każdej nocy. Nie widzę tutaj logiki, przecież policjanci doskonale sobie zdają sprawę z tego, że goście wrócą do baru… cóż. Dziwiło mnie też to, że mimo nakazu zamykania wszelkich jadłodajni na noc, wciąż mamy wiele miejsc które regularnie odwiedzamy w porze nocnej i są one otwarte. Otóż, niektórzy właściciele po prostu dają policji sporą łapówkę, inni zawsze udają, że „właśnie zmykają”. Oczywiście, tutaj policja też jest świadoma, że to wytłumaczenie, bo każdej nocy sytuacja jest taka sama.
                Są też miejsca, które z pozoru wyglądają na zamknięte, a tętnią życiem. Kilka dni temu, nasz wietnamski kolega, jeden z barmanów we Flow Bar obchodził urodziny. Uczciliśmy je imprezą, tortem jedzonym palcami w barze, następnie późną kolacją, po czym pojechaliśmy… gdzieś. Zaparkowałam motor przed jakimś budynkiem, z roletą antywłamaniową spuszczoną do samego chodnika, gdy nagle ona się podniosła i weszliśmy na… karaoke! Nie pomyślałabym, że o tej porze tam może się cokolwiek dziać, a jednak! Wietnamczycy mają to do siebie, że większość z nich potrafi bardzo dobrze śpiewać. Zdarzają się tylko nieliczne wyjątki potwierdzające ową regułę. Słuchanie śpiewu wietnamskich, romantycznych piosenek, przez nasze koleżanki i kolegów były magiczne. Z reguły te utwory są tandetne, mówią o nieszczęśliwej miłości itd., ale mają jednak w sobie coś, co sprawia, że z przyjemnością się ich słucha i śpiewa. Wspomniany już przeze mnie Pan Szkło zaskoczył mnie umiejętnością śpiewania, bo nie śpiewa tylko dobrze, czy poprawnie, ale po prostu pięknie! Godzinami mogłabym siedzieć słuchając jak śpiewa i jednocześnie obserwować go, ile uczucia wkłada w śpiew. Przy mikrofonie to zupełnie inny człowiek.
                Pochowały się gekony. Jest zbyt chłodno, żeby obserwować te sympatyczne stworzonka pełzające po ścianach. Natomiast szczury nie odpuszczają. Ostatnio z jednym nawet zatańczyłam. Zaskoczyłam go, stanął dokładnie naprzeciwko mnie. Nie boję się tych stworzeń, ani też nie bawi mnie krzywdzenie ich, więc kulturalnie zrobiłam krok w lewą stronę by mnie ominąć, ale jemu wtedy przyszło do głowy dokładnie to samo. Zrobiłam więc dwa kroki w prawo, ale on znów bezbłędnie odgadł moje intencje i tak chwilę potańczyliśmy, a w końcu on się zdenerwował i po prostu popędził między moimi nogami. Cóż… przynajmniej trochę się rozgrzałam, przed zakopaniem się w ciepłym śpiworze.
                Na koniec chciałabym także podziękować mojemu wspaniałemu Wujkowi Romkowi, po którym odziedziczyłam niebywały talent literacki (no chyba nikt nie zaprzeczy?! ^^), więc to oczywiście dzięki Niemu tak przyjemnie się czyta moje wypociny, dzięki Niemu moje palce sprawnie biegają po klawiaturze wypisując te interesujące rzeczy.  
                Tym oto akcentem skromności i dedykacją kończę. Następny wpis mam nadzieję umieścić po mojej podróży, którą planuję w okresie świąt Bożego Narodzenia. Wierzę, że dojdzie ona do skutku, a wtedy pojawi się mnóstwo interesujących zdjęć i opisów. Czołgiem!