wtorek, 22 listopada 2011

Halong


                Po nieustannym wdychaniu zanieczyszczeń w Ha Noi, dwudniowa wycieczka do zatoki Halong podziałała na mnie jak miesięczne wakacje nad morzem. Sądzę, iż moje towarzyszki podróży, czyli Zupa i Motorówa podzielają moje zdanie.
                Wczesnym rankiem miałam pewien problem ze wstaniem, ale Zupa zawrzała i to zdecydowanie mnie uratowało. Dotarłyśmy pod agencję turystyczną i czekałyśmy na busa, który zabrał nas nad zatokę. Podczas gdy dziewczyny zapoznawały nowych ludzi, ja próbowałam spać, ale na słynnych wietnamskich wertepach nie potrafiłam nawet uciąć sobie drzemki.
                Po kilku godzinach jazdy z ulgą przesiadłam z się z busa na łódź, stateczek, czy jak zwał, tak zwał. Bardzo szybko podano nam lunch, ale bardziej zajmowało nas podziwianie widoków. 





               
                Pierwszym punktem programu było zwiedzanie słynnych jaskiń w zatoce Halong. Nie wiem kto wpadł na pomysł podświetlania ich na kolorowo, w każdym razie tak oto wyglądają owe jaskinie, gdzie w stalaktytach i stalagmitach Wietnamczycy widzą smoki, lwie paszcze, wróżkę i różne twarze, a nam również udało się zobaczyć różne rzeczy przy pomocy wyobraźni. 







                Po zwiedzeniu kolorowych jaskiń kontynuowaliśmy rejs, leżąc na drewnianych leżaczkach na pokładzie i rozkoszując się słońcem, oraz otaczającym nas krajobrazem.  Autobusem przewieziono nas do małego miasteczka, gdzie nocowaliśmy w hotelu. Miejsce to jest zupełnie inne niż Hanoi. Przygotowane pod biznes turystyczny, ale ciche, czyste i spokojne.  Na karaoke fałszowałam tylko z dziewczynami i kilkoma Holendrami., nigdzie nie było hałaśliwego tłumu.

                Następnego dnia po wczesnej pobudce i śniadaniu wróciliśmy na łódź, znów pływaliśmy, aż trafiliśmy do pływającej wioski, gdzie czekały na nas kajaki, którymi można było wpłynąć przez tunele w miejsca tak piękne, że aż trudno mi to opisać. Niestety nie posiadam zdjęć miejsca, które nazywam sobie „zamkniętym rajem”, gdyż uznałam za ryzykowne zabieranie aparatu na kajak. Otóż, kajakiem wpływało się przez tunel w górze do takiego okręgu, kawałku morza otoczonego górami z każdej strony, do którego dostać się można jedynie taki tunelem. Widok był niesamowity! Woda miała tam zupełnie inny kolor przez refleksy światła, oraz odbicie roślin porastających góry. Moja szczęka bardzo filmowo opadła w dół, gdy wraz z moim kajakowym partnerem chwilę dryfowaliśmy obracając głowy dookoła, by wryć sobie w pamięć obraz tego, co widzieliśmy.  Następnym razem na pewno jakoś uda mi się pstryknąć fotki! Zabawne było to, iż wcześniej popłynęliśmy w zupełnie inną stronę i przepłynęliśmy wąziutkim tunelem przez środek małej skały na morzu, co wprawiło nas w dumę i wesołość, nie wiedząc co dopiero na nas czeka.





 Tutaj widać kajaki wpływające do zamkniętego raju...

                Pływająca wioska również jest czymś niesamowitym. Kilka domków na wodzie, linami przywiązanymi do gór i skał, widziałam obrazki z życia codziennego. Babcia zmywała naczynia, mama bujała dziecko na ha maczku, dziadek wyprawiał ryby… trudno wyobrazić sobie życie właściwie z dala od cywilizacji, na wodzie… a jednak można tak żyć.

 Wietnamskie korki, nawet na morzu ;)

Pływająca wioska. 


Pływająca wioska. 

To przez tę skałę po lewej stronie, mój partner oraz ja przepłynęliśmy kajakami pękając z dumy...



                Podczas wycieczki spotkaliśmy sympatycznych i wesołych kompanów, dzięki którym wyprawa była podwójnie przyjemna. Magia zatoki Halong sprawia, że bardzo chciałabym znów tam pojechać… bo dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi!

wtorek, 15 listopada 2011

Różne różności...

           Witam po długiej przerwie i cóż... zapraszam do czytania!


           10 listopada Polacy przebywający na terenie Wietnamu mogli dzielić się radością z powodu obchodów rocznicy odzyskania niepodległości na terenie ambasady Polski. Miło było znaleźć się w gronie rodaków, oraz tylu Wietnamczyków mówiących po polsku – dosyć niecodzienny widok.
            Muszę się do czegoś przyznać. Nie tęsknię wcale za polskim jedzeniem w przeciwieństwie do moich znajomych, którzy ucieszyli się na widok flaczków, bigosu, pierogów i sałatki jarzynowej ;) tak więc smętne rozmyślania i melancholię zostawiłam sobie na kolejny dzień, kiedy przypadała faktyczna data święta, a tamtego dnia bawiłam się i miło spędzałam czas. Nie będę zbytnio rozpisywała się na temat tego przyjęcia, na zdjęciach zobaczycie jak to wszystko wyglądało, a tymczasem pozwolę sobie przejść do opowieści różnych treści. 




 Takie tam... wielkie Panie w ambasadzie ;)



            Stało się to, czego chciałam uniknąć, będąc świadoma i uprzedzona przed takimi wydarzeniami. Otóż wczoraj w nocy, wracając do akademika, do którego podrzucał mnie skuterem wietnamski przyjaciel zostałam okradziona. Tak, podczas jazdy skuterem. Siedziałam oczywiście za moim kierowcą z torebką przewieszoną przez ramię i dla bezpieczeństwa trzymaną przed sobą, przyciśniętą do siedzenia. Nie usłyszałam nawet motoru, który podjechał do nas z dużą prędkością. Kierowca wprawnie zbliżył się do nas, a pasażer sięgnął za siebie, złapał za ucho torebki i szarpnął. Cóż, nie poddałam się bez walki. Automatycznie chwyciłam wyślizgujące się ucho i pociągnęłam do siebie, ale tamten okazał się być silniejszy i pozostawiając na mojej ręce wspaniałe ślady, zerwał ucho torebki i 3 sekundy później znikli nam z oczu. Opowiadając o tym mogę podać mnóstwo takich szczegółów, ale wszystko działo się tak szybko i sprawnie, że mam pewność, iż była to robota „profesjonalistów”, a nie przypadkowych piratów drogowych. Elementem zaskoczenia był fakt, iż nie puściłam od razu torebki i zauważyłam lekką konsternację w ich czynach, co nie zmienia faktu, że i tak zrobili swoje. Oczywiście więc straciłam mnóstwo dokumentów wypełniających mój portfel, a także sentymentalne śmieci i wizytówki, których nie mogło w nim zabraknąć, około 15 dolarów, sweterek, długopis, trochę babskiego sprzętu upiększającego, tabletki na kaszel itp. itd. a prócz tego... rolkę papieru toaletowego. Cóż, 15 dolarów to na pewno nie jest łup, który zadowoli takich złodziei, więc w przypływie czarnego humoru mój przyjaciel i ja zaśmiewaliśmy się, że papier będą mieli na otarcie łez.
            Od tej pory nie będę już więc mówiła „w Wietnamie to się zdarzają takie rzeczy, jak...”, tylko „taka rzecz przytrafiła się mi.” Mam relację z pierwszej... no tak, z tej nieszczęsnej ręki. Nie pomogło nawet wcześniejsze przygotowanie na taką ewentualność.

            Po dramatycznej opowieści czas na nieco weselsze szczegóły. Okazuje się, że Wietnamczyków da się lubić. Wołania i docinki z ulicy zeszły na dalszy plan, w końcu, dlaczego trzeba się tym przejmować? Ano nie trzeba, wcale. Jak się okazało, moją ścieżkę do łatwego nawiązywania znajomości z Wietnamczykami otworzył... taniec.
            Wiele wieczorów w tygodniu spędzam tańcząc w ulubionych miejscach. miejscach nie uwierzycie, ale wystarczy wyjść na parkiet, dobrze zatańczyć i nagle chcą Cię poznać zarówno Wietnamczycy, jak i Wietnamki. Pewnego razu w toalecie dopadł mnie pewien Wietnamczyk, który wyjaśnił, iż jego dziewczyna zaprasza mnie na drinka, gdyż bardzo mnie lubi sama nie wiedząc dlaczego, ale wstydziła się osobiście do mnie podejść i zacząć rozmowę ;) zabawne. Takich sytuacji miałam więcej. Okazuje się, że jestem dosyć rozpoznawana, nikomu nie przeszkadza to, czego mam za dużo, a czego za mało, a do tego pewna znajomość języka wietnamskiego i proszę... da się poznać sympatycznych ludzi, którzy w dodatku dopominają się Twojej obecności. To moja oszczędna osobista relacja...;)




 Takie tam.. taneczne fotki ;)

            Jednego wieczoru moja podróż do domu była szczególnie przyjemna. Wracając znów jako pasażerka skutera, słuchałam z wietnamskich kumplem muzyki płynącej z słuchawek podpiętych do mp3. Jadąc wolniutko ulicami Hanoi kiwaliśmy sobie głowami do rytmu, każde w inną stronę i każde śpiewając inne słowa. Nieliczni kierowcy, których mijaliśmy się wykręcali w naszą stronę głowy, aż miło ;) acg, magia chwili, to było bardzo klimatyczne przeżycie ;)




 Kilka zdjęć wykonanych wieczorowo-nocną porą ;)

            Nie zawsze powroty do domu wyglądają tak sympatycznie. Okazuje się, że w kręgach taksówkarzy i kierowców motorków również można być na językach. Sytuacja komplikuje się, kiedy Cię śledzą i namawiają do robienia z nimi „buum buum” (tak Wietnamczycy nazywają... sami wiecie co). To naprawdę jest obrzydliwe, a wielu z nich przeraża natarczywością do tego stopnia, że nie jeden raz trzeba było któregoś trzepnąć porządnie przez głowę. Oczywiście większość wietnamskich chłopaków i mężczyzn będzie twierdziła, że "mężczyźni w Wietnamie niedobrzy!", ale uwaga ta nie dotyczy ich samych. Takie poglądy wyznaje większość wietnamskich samców. Oto była relacja „grubej, ale ładnej Europejki” w Wietnamie...;) dziewczyny, tutaj trzeba uważać!
            W powyższym akapicie również nie zdecydowałam się ujawniać wielu szczegółów, ale sam wpis pojawił się, by pokazać, że przecież nie wszystko jest takie kolorowe, jakby się wydawało. To wszystko nie zmienia faktu, że w moim sercu nadal szaleje Wietnam.

            Kolejny wpis pojawi się szybko i będzie o mojej weekendowej wycieczce do zatoki Ha Long, która jest przecudownym miejscem, do którego chciałabym wrócić.