Po nieustannym wdychaniu zanieczyszczeń w Ha Noi, dwudniowa wycieczka do zatoki Halong podziałała na mnie jak miesięczne wakacje nad morzem. Sądzę, iż moje towarzyszki podróży, czyli Zupa i Motorówa podzielają moje zdanie.
Wczesnym rankiem miałam pewien problem ze wstaniem, ale Zupa zawrzała i to zdecydowanie mnie uratowało. Dotarłyśmy pod agencję turystyczną i czekałyśmy na busa, który zabrał nas nad zatokę. Podczas gdy dziewczyny zapoznawały nowych ludzi, ja próbowałam spać, ale na słynnych wietnamskich wertepach nie potrafiłam nawet uciąć sobie drzemki.
Po kilku godzinach jazdy z ulgą przesiadłam z się z busa na łódź, stateczek, czy jak zwał, tak zwał. Bardzo szybko podano nam lunch, ale bardziej zajmowało nas podziwianie widoków.
Pierwszym punktem programu było zwiedzanie słynnych jaskiń w zatoce Halong. Nie wiem kto wpadł na pomysł podświetlania ich na kolorowo, w każdym razie tak oto wyglądają owe jaskinie, gdzie w stalaktytach i stalagmitach Wietnamczycy widzą smoki, lwie paszcze, wróżkę i różne twarze, a nam również udało się zobaczyć różne rzeczy przy pomocy wyobraźni.
Po zwiedzeniu kolorowych jaskiń kontynuowaliśmy rejs, leżąc na drewnianych leżaczkach na pokładzie i rozkoszując się słońcem, oraz otaczającym nas krajobrazem. Autobusem przewieziono nas do małego miasteczka, gdzie nocowaliśmy w hotelu. Miejsce to jest zupełnie inne niż Hanoi. Przygotowane pod biznes turystyczny, ale ciche, czyste i spokojne. Na karaoke fałszowałam tylko z dziewczynami i kilkoma Holendrami., nigdzie nie było hałaśliwego tłumu.
Następnego dnia po wczesnej pobudce i śniadaniu wróciliśmy na łódź, znów pływaliśmy, aż trafiliśmy do pływającej wioski, gdzie czekały na nas kajaki, którymi można było wpłynąć przez tunele w miejsca tak piękne, że aż trudno mi to opisać. Niestety nie posiadam zdjęć miejsca, które nazywam sobie „zamkniętym rajem”, gdyż uznałam za ryzykowne zabieranie aparatu na kajak. Otóż, kajakiem wpływało się przez tunel w górze do takiego okręgu, kawałku morza otoczonego górami z każdej strony, do którego dostać się można jedynie taki tunelem. Widok był niesamowity! Woda miała tam zupełnie inny kolor przez refleksy światła, oraz odbicie roślin porastających góry. Moja szczęka bardzo filmowo opadła w dół, gdy wraz z moim kajakowym partnerem chwilę dryfowaliśmy obracając głowy dookoła, by wryć sobie w pamięć obraz tego, co widzieliśmy. Następnym razem na pewno jakoś uda mi się pstryknąć fotki! Zabawne było to, iż wcześniej popłynęliśmy w zupełnie inną stronę i przepłynęliśmy wąziutkim tunelem przez środek małej skały na morzu, co wprawiło nas w dumę i wesołość, nie wiedząc co dopiero na nas czeka.
Tutaj widać kajaki wpływające do zamkniętego raju...
Pływająca wioska również jest czymś niesamowitym. Kilka domków na wodzie, linami przywiązanymi do gór i skał, widziałam obrazki z życia codziennego. Babcia zmywała naczynia, mama bujała dziecko na ha maczku, dziadek wyprawiał ryby… trudno wyobrazić sobie życie właściwie z dala od cywilizacji, na wodzie… a jednak można tak żyć.
Wietnamskie korki, nawet na morzu ;)
Pływająca wioska.
Pływająca wioska.
To przez tę skałę po lewej stronie, mój partner oraz ja przepłynęliśmy kajakami pękając z dumy...
Podczas wycieczki spotkaliśmy sympatycznych i wesołych kompanów, dzięki którym wyprawa była podwójnie przyjemna. Magia zatoki Halong sprawia, że bardzo chciałabym znów tam pojechać… bo dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi!