....powiedziała moja mama przyjeżdżając w odwiedziny do swojej
ukochanej córeczki na trzeci koniec świata. Natomiast w oczach Rysia od razu
zobaczyłam błysk przygody i chęć włączenia się do szalonego ruchu drogowego ;)
Zaczęliśmy od
zwiedzania Hanoi i oczywiście bez motoru się nie obyło. Tutaj brawa dla Rysia,
który był kierowcą drugiego motoru i bez trudu dostosował się do panujących
tutaj zasad ruchu drogowego, których nie ma, a mama, choć zaciskając oczy, była
równie dzielnym pasażerem.
Zwiedziliśmy
Muzeum Etnologiczne, z którego wnętrza zdjęcia już kiedyś zamieszczałam. Nie
obyło się też oczywiście bez słynnej Pagody Na Jednej Nodze nazwanej tak,
ponieważ jest pagodą na jednej nodze ;)
Przypominam, po kliknięciu na zdjęcie wyświetla się ono w większym rozmiarze!
Odwiedzaliśmy
również inne pagody, obserwując z uwagą wszystkie detale – wykonania ołtarzy,
zdobnictwa, oraz zachowania ludzi modlących się w pagodach. Na zdjęciach
poniżej możecie zauważyć złożone do modlitwy ręce, owiane dymem wonnych
kadzideł, składane ofiary dla przodków w postaci pożywienia, napojów, nawet
alkoholu oraz papierosów. Większość modlących się w pagodach w dłoniach trzyma
pliki drobnych pieniędzy z czego po jednym banknocie ląduje na jednym
ołtarzyku.
Mauzoleum oraz
muzeum Ho Chi Minha zwiedziliśmy tylko z zewnątrz, jakoś nie mając
wystarczająco czasu na oglądanie kultu słynnego przywódcy. Niemniej jednak same
budynki są imponujące i wymagają odpowiedniej postawy, do czego też mama z
Rysiem się dostosowali ;)
Oczywiście nie
obyło się bez tradycyjnych spacerów po starówce, wokół Jeziora Zwróconego
Miecza, które nocą jest świetnym przykładem azjatyckiej tandety, oświetlone
wszystkimi kolorami tęczy za pomocą światełek, lampionów itd., niemniej jednak
jest to bardzo uroczy i na swój sposób ładny kicz! Wciąż uwielbiam każdej nocy
obserwować jezioro, które w pewien sposób jest esencją azjatyckiego uwielbienia
do kolorów.
Wybraliśmy się
również do zatoki Ha Long, gdzie ja byłam już po raz drugi. Niestety, pogoda
nie dopisywała, co nie zmienia faktu, że to miejsce nadal zachwycało, mimo
otaczającej szarości i ponurej atmosfery. Tym razem spotkało mnie tam coś
nowego. Myślałam, że panie przewijające się stadami na ulicy i sprzedające
owoce, klapki, ryż, maseczki, gumeczki, spineczki, pączki i bla bla bla, tak
dalej to szczyt wszystkiego. Nie można przejść ulicą, żeby nie zostać
zaczepionym słowami „madame, veri cip” i być namawianym na kupno bananów,
breloczków, czy maszynek do golenia. Ale uwaga! Podczas rejsu po zatoce nagle
podpłynęła łódź wyładowana owocami sterowana przez starszą kobietę, a z owej
łodzi mała dziewczynka wskoczyła wprost na naszą burtę i zachęcała do kupna
owoców! Muszę przyznać, że z niesamowitą wprawą biegała po burcie i przez okna
wsuwała się do środka ;) jak widać nie ma spokoju nawet na łodzi! Podczas
zwiedzania wioski rybackiej również podpłynęła do nas samotna dziewczynka w
małej łodzi z owocami, od której kupiliśmy pysznego ananasa. Pływające
stragany, no proszę... oto dowód:
Wreszcie
zaczęła się dla mnie największa przygoda. Ruszyliśmy na Południe! Wykupiliśmy
bilety na tak zwany open-bus i w cenie 50 dolarów mieliśmy przejazd do miasta
Hue, stamtąd do Hoi An i powrót do Hanoi. „Otwartość” takiego biletu polega na
tym iż w dowolnym czasie możemy się przemieścić do miejsc, które on obejmuje.
Droga do Hue nie jest wcale krótka, więc wpakowano nas do „sleeping bus” gdzie
bardzo dziwnie były rozmieszczone siedzenia zamienione w całkiem wygodne łóżka.
Ulokowałam się na piętrze, bo przecież to takie fascynujące spać na drugim
poziomie pod sufitem! Taki autobus to dosyć wygodne rozwiązanie podróżowania, o
ile nie zostanie się ulokowanym tuż przy toalecie (chyba nie muszę tłumaczyć
dlaczego) lub w otoczeniu wiecznie wierzgających stóp wietnamskich pasażerów
dodatkowych (czyli takich na których zarabiają sami kierowcy autobusów).
Podróż okazała
się być długa, większość czasu na szczęście przespałam, widoki nocą też nie
były zbyt imponujące. W Hue udaliśmy się do zarekomendowanego hoteliku, co
okazało się być dobrą decyzją. Ten hotel to Hong Thien Hotel I (ul. Chu Van An). Piękne pokoje, czyściutko, pyszne śniadanka,
basen hotelowy, usługi wycieczek, możliwość wynajęcia motorów, w każdym pokoju
komputer z dostępem do internetu, a to wszystko za niewielkie pieniądze. Przede
wszystkim jednak obsługa okazała się być na najwyższym poziomie ;) przemili
ludzie, udzielili nam wszelkich informacji, jakich potrzebowaliśmy. Co ważne,
można się z nimi porozumieć po angielsku, aczkolwiek zarówno mnie jak i im
sprawiało frajdę dogadywanie się za pomocą języka wietnamskiego ;)
Pierwszego
dnia zwiedzaliśmy cesarskie grobowce, cytadelę, nie obyło się też bez krótkiego
rejsu rzeką Hương („Perfumowaną”). Bardzo spodobało mi się to miasto. Po
mieszkaniu w Ha Noi to była dla mnie spora odskocznia, a i rodzice byli
bardziej zadowoleni – miasteczko czystsze, przyjemniejsze, było także o wiele
cieplej.
Zacznijmy
jednak od grobowców. Są rozrzucone po całym mieście, skorzystaliśmy więc z
opcji „prywatnego samochodu”, czyli przez cały dzień kierowca woził nas do
wskazanych lokalizacji, a wracaliśmy do centrum miasta stateczkiem.
Obejrzeliśmy
trzy cesarskie grobowce. Każdy grobowiec to mnóstwo budynków, rzeźb i parków na
ogromnych, zielonych terenach. Są one wszystkie do siebie nieco podobne,
poniżej zamieszczam kilka zdjęć poglądowych:
Cytadela, czy
też Zakazane Miasto prezentuje się dosyć imponująco. Zobaczcie sami.
Poniżej
również kilka zdjęć z rejsu Perfumowaną Rzeką.
Kolejnego dnia
wypożyczyliśmy motory i wyruszyliśmy na poszukiwania słynnego krytego mostu
japońskiego. Nie było to łatwe zadanie, do pewnego momentu prowadziła nas mapa,
a następnie zaczęła się wycieczka przez pola ryżowe i okoliczne wioski.
Nie trzeba było
jednak nawet pytać o drogę. Każdy napotkany przechodzień, czy kierujący
motorem, widząc „białych ludzi” bez słowa wskazywał ręką właściwy kierunek ;)
Tak oto poszukiwania zakończyły się sukcesem:
Po zwiedzeniu mostu, usiedliśmy przy stoisku jednej lokalnej
babci, by odpocząć od upału racząc się chłodnym, złocistym napojem. Kiedy
okazało się, że mówię po wietnamsku, owa babcia nie omieszkała mi opowiedzieć
mnóstwa historii z życia swojego, a także swojej córki, która poślubiła
„miastowego” z Hue i wyniosła się z rodzinnego domu. Ciężko było mi ją
zrozumieć, jednak różnica akcentów jest ogromna, między stolicą, a tym regionem
Wietnamu, pewne słowa też wymawia się tam zupełnie inaczej, ale na szczęście
wyłapywałam na tyle, by móc tłumaczyć rodzicom o co właściwie chodzi. No i
można się też przyzwyczaić do obcego akcentu. Babcia opowiadała o wielkiej
powodzi, która miała tam miejsce lata temu, pokazała ślad po wodzie na murach
swojego domu. Pochwaliła się też, że zawsze na festiwalu w Hue śpiewa i
pokazała swoje zdjęcie w gazecie, która leżała nieopodal, przygotowana na taką
właśnie opowieść. Zaczęła też dla nas śpiewać. To było bardzo urocze... widać,
że to zdjęcie w gazecie chciałaby pokazywać jak najczęściej. Oczywiście,
okazaliśmy uznanie, babcia była zadowolona, także z rozmowy i ciepło nas pożegnała.
My pokonaliśmy
kolejne kilometry by udać się na tak długo wyczekiwaną plażę i kąpiel w morzu!
Po drodze nie ominęły nas też atrakcje...
W drodze przez
jakąś wioskę zatrzymaliśmy się przy malutkim targu z owocami, chcąc kupić
jakieś smakowite dary natury, a także zapytać o drogę. Oczywiście, nasze
pojawienie się wywołało sensację! Podczas jazdy motorem machano do nas i wołano
nieustannie, jednak tutaj wydarzyło się coś nie do końca dla nas
zrozumiałego... wyjaśnienie nastąpi wkrótce.
Całe stadko
kobiet w różnym wieku oczywiście obgadało każdy szczegół naszego wyglądu. A że
to Europejczycy tacy wysocy, duzi, biali, jasne włosy mają i oczy duże itd.
itd. W pewnym momencie jednak wszystkie zaczęły śmiać się, jakby oglądały
najlepszą komedię w życiu, a do tego klepały się po tyłkach. Byliśmy nieco
zdezorientowani, ale one śmiały się tak, przepraszam, nawet nie śmiały, tylko
po prostu dusiły się ze śmiechu, że my też się pośmialiśmy, chociaż nie
wiedzieliśmy z czego... zastanawiając się nad tym ruszyliśmy dalej.
Co pewien czas
pytałam o drogę i tak oto dotarliśmy na plażę. Niemal zaczęłam zrywać z siebie
ubranie, by wejść już do wody i wtedy odkryłam, co tak rozbawiło Wietnamki z
targu. Podejrzewam, że wciąż się tam podśmiewują i opowiadają tę historię
sąsiadkom. Otóż, na moich ukochanych, przewiewnych spodniach nie wiadomo kiedy,
ani jak, zrobiła się wielka dziura. Cóż, zdarza się. Jednak ta dziura pojawiła
się w miejscu, gdzie plecy kończą swoją uroczą nazwę. Była tak wielka, że
właściwie mogłabym nie mieć spodni, bo i po co, skoro i tak wszystko było
widać? ;) to wyjaśnia klepanie się po tyłkach owych Wietnamek. Swoją drogą,
cieszę się, że mogłam im dostarczyć trochę rozrywki! ;) oto cel naszej podróży:
Oczywiście
pospacerowaliśmy po miasteczku, oglądając co się da i zajadając się
wietnamskimi potrawami. Postanowiliśmy ruszyć dalej i wylądowaliśmy w Hoi An.
Tutaj pojawiły
się już pewne przygody z hotelem, ale po jednej nocy go zmieniliśmy i wszystko
było w porządku, tak więc nie ma się zbytnio nad czym rozwodzić, z czym pewnie
mama się nie zgodzi! ;) ja jednak wolę Wam opowiedzieć o samym miasteczku.
Hoi An to
niesamowicie piękne i kolorowe miejsce. Mnie właśnie w oczy rzuciły się
wszystkie kolory tęczy, które za dnia widać w sklepowych wystawach. Ubrania,
buty, torebki, chusty i wszelkie gadżety występowały tam w tylu kolorach, że
nie wiedziałam na czym skupić wzrok. Hoi An słynie z szycia ubrań, oczywiście
więc z mamą takie właśnie mamy stamtąd pamiątki. Piękna sukienka i bluzeczka w
wietnamskich stylu wzbogaciła szafę mamy, a ja przywiozłam taką samą bluzeczkę
i płaszczyk.
Nocą natomiast
zachwycają lampiony, których tam jest mnóstwo! Wszędzie świetliste lampiony i
kolorowe światełka. Miasteczko również bardzo czyste, sprawia wrażenie bardzo
przyjemnego. To jest miejsce gdzie chciałabym kiedyś pomieszkać, odetchnąć.
Swoją drogą sporo moich wietnamskich przyjaciół tak właśnie robi – opuszczają
stolicę by trochę pomieszkać i popracować w Hoi An.
Niestety tego
dnia, kiedy wybraliśmy się na plażę pogoda nieszczególnie nie dopisywała. Było
raczej chłodnawo, wiał silny wiatr, co powodowało ogromne fale i wywieszenie
czerwonej flagi na plaży. Cóż, byliśmy więc jedynymi ludźmi, którzy się kąpali
w morzu i zupełnie nam to nie przeszkadzało. Cała woda dla nas! ;) i ciężko mi
było z niej wyjść. W nadmorskiej knajpce również byliśmy jedynymi gośćmi z
powodu pogody, więc traktowano nas wyjątkowo miło, a jedna babcia dopilnowała
byśmy przyszli tam zjeść, tak jak wcześniej obiecaliśmy ;) jedzenie zresztą
okazało się być bardzo smaczne, a po kąpieli byliśmy bardzo głodni ;)
Będąc w Hoi An
udaliśmy się też do My Son, ale miejsce to nie do końca spełniło nasze
oczekiwania. Ale tak bywa, gdy wokół czegoś robi się wielki szum i człowiek spodziewa
się cudów. Byliśmy, zobaczyliśmy, ale jak to się mówi po młodemu, bez szału ;)
tego dnia upał dawał we znaki, więc trochę żałowaliśmy, że nie było odwrotnie,
był to przecież wymarzony dzień do morskich kąpieli. Jednak pogoda jest
nieprzewidywalna, a tutaj zmienia się jeszcze w mgnieniu oka.
Powrotem do
zimnego Ha Noi, gdzie zimą pogoda jest prawdziwie depresyjna, głównie przez
niebo, którego zza szczelnej zasłony chmur nigdy nie widać, zakończyli moi
rodzice swoją podróż. Mam szczerą nadzieję, że będą ciepło wspominali Wietnam.
Ja wróciłam do ukochanej stolicy ze wspomnieniami nowych miejsc, teraz już tez
ukochanych ;)
Teraz również ja sama tylko wspominam Wietnam z nadzieją, że szybko powrócę do mej "ziemi obiecanej".