niedziela, 20 maja 2012

Hue, Hoi An - podróż na Południe, czyli "nigdy nie wsiądę na motor w Wietnamie!"...

....powiedziała moja mama przyjeżdżając w odwiedziny do swojej ukochanej córeczki na trzeci koniec świata. Natomiast w oczach Rysia od razu zobaczyłam błysk przygody i chęć włączenia się do szalonego ruchu drogowego ;)
         Zaczęliśmy od zwiedzania Hanoi i oczywiście bez motoru się nie obyło. Tutaj brawa dla Rysia, który był kierowcą drugiego motoru i bez trudu dostosował się do panujących tutaj zasad ruchu drogowego, których nie ma, a mama, choć zaciskając oczy, była równie dzielnym pasażerem.
         Zwiedziliśmy Muzeum Etnologiczne, z którego wnętrza zdjęcia już kiedyś zamieszczałam. Nie obyło się też oczywiście bez słynnej Pagody Na Jednej Nodze nazwanej tak, ponieważ jest pagodą na jednej nodze ;)

Przypominam, po kliknięciu na zdjęcie wyświetla się ono w większym rozmiarze! 




         Odwiedzaliśmy również inne pagody, obserwując z uwagą wszystkie detale – wykonania ołtarzy, zdobnictwa, oraz zachowania ludzi modlących się w pagodach. Na zdjęciach poniżej możecie zauważyć złożone do modlitwy ręce, owiane dymem wonnych kadzideł, składane ofiary dla przodków w postaci pożywienia, napojów, nawet alkoholu oraz papierosów. Większość modlących się w pagodach w dłoniach trzyma pliki drobnych pieniędzy z czego po jednym banknocie ląduje na jednym ołtarzyku.




         Mauzoleum oraz muzeum Ho Chi Minha zwiedziliśmy tylko z zewnątrz, jakoś nie mając wystarczająco czasu na oglądanie kultu słynnego przywódcy. Niemniej jednak same budynki są imponujące i wymagają odpowiedniej postawy, do czego też mama z Rysiem się dostosowali ;)




         Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnych spacerów po starówce, wokół Jeziora Zwróconego Miecza, które nocą jest świetnym przykładem azjatyckiej tandety, oświetlone wszystkimi kolorami tęczy za pomocą światełek, lampionów itd., niemniej jednak jest to bardzo uroczy i na swój sposób ładny kicz! Wciąż uwielbiam każdej nocy obserwować jezioro, które w pewien sposób jest esencją azjatyckiego uwielbienia do kolorów.
         Wybraliśmy się również do zatoki Ha Long, gdzie ja byłam już po raz drugi. Niestety, pogoda nie dopisywała, co nie zmienia faktu, że to miejsce nadal zachwycało, mimo otaczającej szarości i ponurej atmosfery. Tym razem spotkało mnie tam coś nowego. Myślałam, że panie przewijające się stadami na ulicy i sprzedające owoce, klapki, ryż, maseczki, gumeczki, spineczki, pączki i bla bla bla, tak dalej to szczyt wszystkiego. Nie można przejść ulicą, żeby nie zostać zaczepionym słowami „madame, veri cip” i być namawianym na kupno bananów, breloczków, czy maszynek do golenia. Ale uwaga! Podczas rejsu po zatoce nagle podpłynęła łódź wyładowana owocami sterowana przez starszą kobietę, a z owej łodzi mała dziewczynka wskoczyła wprost na naszą burtę i zachęcała do kupna owoców! Muszę przyznać, że z niesamowitą wprawą biegała po burcie i przez okna wsuwała się do środka ;) jak widać nie ma spokoju nawet na łodzi! Podczas zwiedzania wioski rybackiej również podpłynęła do nas samotna dziewczynka w małej łodzi z owocami, od której kupiliśmy pysznego ananasa. Pływające stragany, no proszę... oto dowód:



         Wreszcie zaczęła się dla mnie największa przygoda. Ruszyliśmy na Południe! Wykupiliśmy bilety na tak zwany open-bus i w cenie 50 dolarów mieliśmy przejazd do miasta Hue, stamtąd do Hoi An i powrót do Hanoi. „Otwartość” takiego biletu polega na tym iż w dowolnym czasie możemy się przemieścić do miejsc, które on obejmuje. Droga do Hue nie jest wcale krótka, więc wpakowano nas do „sleeping bus” gdzie bardzo dziwnie były rozmieszczone siedzenia zamienione w całkiem wygodne łóżka. Ulokowałam się na piętrze, bo przecież to takie fascynujące spać na drugim poziomie pod sufitem! Taki autobus to dosyć wygodne rozwiązanie podróżowania, o ile nie zostanie się ulokowanym tuż przy toalecie (chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego) lub w otoczeniu wiecznie wierzgających stóp wietnamskich pasażerów dodatkowych (czyli takich na których zarabiają sami kierowcy autobusów).
         Podróż okazała się być długa, większość czasu na szczęście przespałam, widoki nocą też nie były zbyt imponujące. W Hue udaliśmy się do zarekomendowanego hoteliku, co okazało się być dobrą decyzją. Ten hotel to Hong Thien Hotel I (ul. Chu Van An). Piękne pokoje, czyściutko, pyszne śniadanka, basen hotelowy, usługi wycieczek, możliwość wynajęcia motorów, w każdym pokoju komputer z dostępem do internetu, a to wszystko za niewielkie pieniądze. Przede wszystkim jednak obsługa okazała się być na najwyższym poziomie ;) przemili ludzie, udzielili nam wszelkich informacji, jakich potrzebowaliśmy. Co ważne, można się z nimi porozumieć po angielsku, aczkolwiek zarówno mnie jak i im sprawiało frajdę dogadywanie się za pomocą języka wietnamskiego ;)
         Pierwszego dnia zwiedzaliśmy cesarskie grobowce, cytadelę, nie obyło się też bez krótkiego rejsu rzeką Hương („Perfumowaną”). Bardzo spodobało mi się to miasto. Po mieszkaniu w Ha Noi to była dla mnie spora odskocznia, a i rodzice byli bardziej zadowoleni – miasteczko czystsze, przyjemniejsze, było także o wiele cieplej.
         Zacznijmy jednak od grobowców. Są rozrzucone po całym mieście, skorzystaliśmy więc z opcji „prywatnego samochodu”, czyli przez cały dzień kierowca woził nas do wskazanych lokalizacji, a wracaliśmy do centrum miasta stateczkiem.
         Obejrzeliśmy trzy cesarskie grobowce. Każdy grobowiec to mnóstwo budynków, rzeźb i parków na ogromnych, zielonych terenach. Są one wszystkie do siebie nieco podobne, poniżej zamieszczam kilka zdjęć poglądowych:










         Cytadela, czy też Zakazane Miasto prezentuje się dosyć imponująco. Zobaczcie sami.













         Poniżej również kilka zdjęć z rejsu Perfumowaną Rzeką.






         Kolejnego dnia wypożyczyliśmy motory i wyruszyliśmy na poszukiwania słynnego krytego mostu japońskiego. Nie było to łatwe zadanie, do pewnego momentu prowadziła nas mapa, a następnie zaczęła się wycieczka przez pola ryżowe i okoliczne wioski.









 Nie trzeba było jednak nawet pytać o drogę. Każdy napotkany przechodzień, czy kierujący motorem, widząc „białych ludzi” bez słowa wskazywał ręką właściwy kierunek ;) Tak oto poszukiwania zakończyły się sukcesem:




Po zwiedzeniu mostu, usiedliśmy przy stoisku jednej lokalnej babci, by odpocząć od upału racząc się chłodnym, złocistym napojem. Kiedy okazało się, że mówię po wietnamsku, owa babcia nie omieszkała mi opowiedzieć mnóstwa historii z życia swojego, a także swojej córki, która poślubiła „miastowego” z Hue i wyniosła się z rodzinnego domu. Ciężko było mi ją zrozumieć, jednak różnica akcentów jest ogromna, między stolicą, a tym regionem Wietnamu, pewne słowa też wymawia się tam zupełnie inaczej, ale na szczęście wyłapywałam na tyle, by móc tłumaczyć rodzicom o co właściwie chodzi. No i można się też przyzwyczaić do obcego akcentu. Babcia opowiadała o wielkiej powodzi, która miała tam miejsce lata temu, pokazała ślad po wodzie na murach swojego domu. Pochwaliła się też, że zawsze na festiwalu w Hue śpiewa i pokazała swoje zdjęcie w gazecie, która leżała nieopodal, przygotowana na taką właśnie opowieść. Zaczęła też dla nas śpiewać. To było bardzo urocze... widać, że to zdjęcie w gazecie chciałaby pokazywać jak najczęściej. Oczywiście, okazaliśmy uznanie, babcia była zadowolona, także z rozmowy i ciepło nas pożegnała.

         My pokonaliśmy kolejne kilometry by udać się na tak długo wyczekiwaną plażę i kąpiel w morzu! Po drodze nie ominęły nas też atrakcje...
         W drodze przez jakąś wioskę zatrzymaliśmy się przy malutkim targu z owocami, chcąc kupić jakieś smakowite dary natury, a także zapytać o drogę. Oczywiście, nasze pojawienie się wywołało sensację! Podczas jazdy motorem machano do nas i wołano nieustannie, jednak tutaj wydarzyło się coś nie do końca dla nas zrozumiałego... wyjaśnienie nastąpi wkrótce.
         Całe stadko kobiet w różnym wieku oczywiście obgadało każdy szczegół naszego wyglądu. A że to Europejczycy tacy wysocy, duzi, biali, jasne włosy mają i oczy duże itd. itd. W pewnym momencie jednak wszystkie zaczęły śmiać się, jakby oglądały najlepszą komedię w życiu, a do tego klepały się po tyłkach. Byliśmy nieco zdezorientowani, ale one śmiały się tak, przepraszam, nawet nie śmiały, tylko po prostu dusiły się ze śmiechu, że my też się pośmialiśmy, chociaż nie wiedzieliśmy z czego... zastanawiając się nad tym ruszyliśmy dalej.
         Co pewien czas pytałam o drogę i tak oto dotarliśmy na plażę. Niemal zaczęłam zrywać z siebie ubranie, by wejść już do wody i wtedy odkryłam, co tak rozbawiło Wietnamki z targu. Podejrzewam, że wciąż się tam podśmiewują i opowiadają tę historię sąsiadkom. Otóż, na moich ukochanych, przewiewnych spodniach nie wiadomo kiedy, ani jak, zrobiła się wielka dziura. Cóż, zdarza się. Jednak ta dziura pojawiła się w miejscu, gdzie plecy kończą swoją uroczą nazwę. Była tak wielka, że właściwie mogłabym nie mieć spodni, bo i po co, skoro i tak wszystko było widać? ;) to wyjaśnia klepanie się po tyłkach owych Wietnamek. Swoją drogą, cieszę się, że mogłam im dostarczyć trochę rozrywki! ;) oto cel naszej podróży:



         Oczywiście pospacerowaliśmy po miasteczku, oglądając co się da i zajadając się wietnamskimi potrawami. Postanowiliśmy ruszyć dalej i wylądowaliśmy w Hoi An.
         Tutaj pojawiły się już pewne przygody z hotelem, ale po jednej nocy go zmieniliśmy i wszystko było w porządku, tak więc nie ma się zbytnio nad czym rozwodzić, z czym pewnie mama się nie zgodzi! ;) ja jednak wolę Wam opowiedzieć o samym miasteczku.
         Hoi An to niesamowicie piękne i kolorowe miejsce. Mnie właśnie w oczy rzuciły się wszystkie kolory tęczy, które za dnia widać w sklepowych wystawach. Ubrania, buty, torebki, chusty i wszelkie gadżety występowały tam w tylu kolorach, że nie wiedziałam na czym skupić wzrok. Hoi An słynie z szycia ubrań, oczywiście więc z mamą takie właśnie mamy stamtąd pamiątki. Piękna sukienka i bluzeczka w wietnamskich stylu wzbogaciła szafę mamy, a ja przywiozłam taką samą bluzeczkę i płaszczyk.
         Nocą natomiast zachwycają lampiony, których tam jest mnóstwo! Wszędzie świetliste lampiony i kolorowe światełka. Miasteczko również bardzo czyste, sprawia wrażenie bardzo przyjemnego. To jest miejsce gdzie chciałabym kiedyś pomieszkać, odetchnąć. Swoją drogą sporo moich wietnamskich przyjaciół tak właśnie robi – opuszczają stolicę by trochę pomieszkać i popracować w Hoi An.








         Niestety tego dnia, kiedy wybraliśmy się na plażę pogoda nieszczególnie nie dopisywała. Było raczej chłodnawo, wiał silny wiatr, co powodowało ogromne fale i wywieszenie czerwonej flagi na plaży. Cóż, byliśmy więc jedynymi ludźmi, którzy się kąpali w morzu i zupełnie nam to nie przeszkadzało. Cała woda dla nas! ;) i ciężko mi było z niej wyjść. W nadmorskiej knajpce również byliśmy jedynymi gośćmi z powodu pogody, więc traktowano nas wyjątkowo miło, a jedna babcia dopilnowała byśmy przyszli tam zjeść, tak jak wcześniej obiecaliśmy ;) jedzenie zresztą okazało się być bardzo smaczne, a po kąpieli byliśmy bardzo głodni ;)
         Będąc w Hoi An udaliśmy się też do My Son, ale miejsce to nie do końca spełniło nasze oczekiwania. Ale tak bywa, gdy wokół czegoś robi się wielki szum i człowiek spodziewa się cudów. Byliśmy, zobaczyliśmy, ale jak to się mówi po młodemu, bez szału ;) tego dnia upał dawał we znaki, więc trochę żałowaliśmy, że nie było odwrotnie, był to przecież wymarzony dzień do morskich kąpieli. Jednak pogoda jest nieprzewidywalna, a tutaj zmienia się jeszcze w mgnieniu oka.






         Powrotem do zimnego Ha Noi, gdzie zimą pogoda jest prawdziwie depresyjna, głównie przez niebo, którego zza szczelnej zasłony chmur nigdy nie widać, zakończyli moi rodzice swoją podróż. Mam szczerą nadzieję, że będą ciepło wspominali Wietnam. Ja wróciłam do ukochanej stolicy ze wspomnieniami nowych miejsc, teraz już tez ukochanych ;)  

        Teraz również ja sama tylko wspominam Wietnam z nadzieją, że szybko powrócę do mej "ziemi obiecanej". 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz