środa, 26 października 2011

Martyna na Czarnym Lądzie

         Witam ponownie! Jestem zaskoczona ilością wiadomości z pretensjami o małej ilości update'ów, jakie dostaję....;) ale bardzo mi miło. W takim razie przepraszam za małą ilość wpisów, ale sami wiecie jak wygląda zakładanie internetu w akademiku, już pisałam o tych cudownych procedurach, a jakoś nie ma okazji, żeby przejść się na spokojnie do kawiarni wieczorem i korzystać z wifi. W każdym razie, obiecuję poprawę! ;) I proszę pamiętać o klikaniu na zdjęcia, wtedy można je zobaczyć w większym rozmiarze! 
           Dziś minął mój 29 dzień pobytu w Wietnamie. Starym zwyczajem, czuję jakby minęło o wiele więcej czasu, w tym wypadku jakieś 4 miesiące. Życie nabrało pewnej rutyny, która jednak nie jest do końca rutynowa...;) ta nie rutynowa rutyna objawia się w następujący sposób: od poniedziałku do piątku wstaję około 7:10 po uprzedniej walce w drzemkami w budziku. Szybki prysznic, wygrzebanie czegoś do ubrania z szafki i spacerek w stronę uniwersytetu, podczas którego zazwyczaj czeka mnie przystanek przy ‘banh my’ czyli malutkiej budce z bułkami. Niby zwykła bułka ze świeżo usmażonym, gorącym jajkiem, suszonym mięsem i ostrym sosem, ale tuż przed zajęciami jest idealna dla zabicia głodu i smakuje wyśmienicie. Od 8 do ok. 11:30 wykładowcy próbują nauczyć nas swojego ojczystego języka. Zajęcia okazały się być przyjemne, jest na nich wesoło, choć niemal każdego męczy poranne otępienie, bo też zajęcia zaczynamy przecież właściwie w środku nocy! Dwa lub trzy razy w ciągu zajęć ożywiamy się nieco na dziedzińcu uniwersytetu podczas przerw, które wykładowcy ustalają sobie według uznania. Po skończonych zajęciach często idziemy zjeść konkretny posiłek, czyli ryż z dodatkami do wyboru, lub np. ‘bun cha’ o którym chyba już pisałam. Alternatywą jest powrót do akademika i drzemka, która służy uprzedniemu niewyspaniu i udanie się na obiad w późniejszych godzinach. Czasami prosto po zajęciach jedzie się do centrum. Ja najbardziej lubię usiąść po zajęciach na ‘tra chanh’, czyli zielonej herbacie z limonką, cukrem i lodem. To też nie wydaje się być niczym niezwykłym, ale nie wyobrażam sobie dnia bez wypicia ‘tra chanh’. Popołudnie upływa na spacerach, wyjściu na zakupy, kawę, koktajl lub po prostu zwiedzaniu miasta. Wieczory i noce są intensywne i kolorowe...;)

Posiedzenie w 'bia hoi' czyli piwiarni ;) nie ma to jak wypić wietnamskie rozwodnione piwko i zagryzać surowymi sajgonkami! 

Takie tam.. godziny szczytu.


            Nim przejdę do głównego wątku dzisiejszego wpisu jeszcze kilka ciekawostek:
- W supermarketach panie przy kasie pakują podpaski w czarne worki w dodatku je związując, tak by nic nie było widać. Interesujące. Do tej pory nie wiedziałyśmy, że podpaski są czymś tak żenującym...;)
- Nie potrafimy wyjść ze zdumienia dla sposobu życia Wietnamczyków, którzy pracują w gastronomii, czyli na parterze swoich śmiesznych domów (wszystkie są bardzo wąskie, ale wysokie) prowadzą knajpy, kawiarnie, restauracje, piwiarnie itp. Przecież oni calutki dzień przesiadują w tym właśnie miejscu, pracując na zmianę, siedząc na malutkich plastikowych siedzonkach, wiecznie jedząc, pijąc, rozmawiając i skubiąc pestki słonecznika. Z kolei skąd tyle czasu mają przychodzący tam goście o każdej porze dnia? Godziny zajęć szkolnych i pracy muszą być zupełnie niereformowalne.
- Nadal z zainteresowaniem patrzę na hanojskie ulice i na to jak niezwykłe jest połączenie nowoczesności, prób wprowadzenia innej kultury z pewnym tradycjonalizmem. Naprzeciwko miejsca, w którym zawsze piję „tra chanh” jest uliczny fryzjer, czyli powieszone na ścianie budynku lustro, przed nim krzesło, a wokół tego krząta się właśnie fryzjer, depcząc po chodniku pełnym włosów, śmieci, pestek słonecznika itp. Zaraz obok znajduje się elegancka kawiarnia i mały market. Wystrojone panny manicure i pedicure robią sobie siedząc na chodnikach przy ulicach w warunkach w jakich nasz sanepid zapewne złapałby się za głowę. Swoją drogą niemal codziennie zdarza nam się wspomnieć o tym, że gdyby służby sanepidu zawitały do Wietnamu miałyby pracę do końca istnienia świata ;)



           To, co najbardziej zasługuje na opisanie zdarzyło się w sobotę. Nasza grupa postanowiła zwiedzić Pachnącą Pagodę, czyli Chua Huong, miejsce, którego zobaczenie kosztowało nas po 15 dolarów od osoby po wytargowaniu ceny o jakieś 10;)
            W sobotę o 8:30 pod akademik podjechał bus w którym było jeszcze dokładnie tyle miejsc ile nas czekało przy bramie. Wewnątrz siedzieli już Anglicy, Niemcy itp. itd. Około dwóch godzin jechaliśmy do miejsca, z którego do pagody wypływa się łodzią, ale i sama podróż nie była nudna. Fantastycznie było wreszcie zobaczyć coś poza zatłoczonym Hanoi! Nasze oczy cieszyła sceneria, która sprawiała, że w głowie huczało mi od myśli „tak, to jest Wietnam!” Z niemałym zachwytem patrzyłam jak zmieniał się krajobraz w miarę oddalania się od miasta. Ludzie pracowali na wielkich polach, w pobliży pasły się bawoły. Nieraz zza wysokich traw wystawały tylko słomkowe kapelusze. Najbardziej niezwykłe były jednak groby porozrzucane bezładnie na polach ryżowych. Piękne, duże pomniki z ołtarzykami i darami dla przodków. Ludzie często pracowali tuż w ich sąsiedztwie. Dla mnie widok niecodzienny, dla Wietnamczyków pochówek na polu ryżowym jest czymś zupełnie normalnym. Raz udało nam się zobaczyć coś w rodzaju cmentarza, przeważnie jednak grobów było obok siebie zaledwie kilka, czasami kilkanaście, a przeważnie stały po dwa, trzy, albo samotne. Czy pracujący tam Wietnamczycy myślą za każdym razem o swoich bliskich, którzy już odeszli gdy patrzą na te groby? Czy czują jakiegoś niezwykłego ducha, który snuje się między nimi i dodaje im sił do pracy? Tego jeszcze nie wiem... może to tylko moje głupie myśli, ponieważ dla mnie to zupełnie nowy widok.
            Wraz z Zupą zastanawiałyśmy się przez jakiś czas, czym są brązowe ziarenka, które suszyły się na chodnikach przed domami i po prostu na ulicy. Okazało się, że owa tajemnicza rzecz sukcesywnie rozjeżdżana przez samochody i skutery to po prostu ryż...;) Może tajemnicą wyśmienitego smaku tutejszego ryżu jest właśnie dodatek gumowego posmaku, czy osiadających spalin :D
            Po drodze pełnej niezwykłych widoków, śmiechów i wesołej paplaniny dotarliśmy do rzeki, przy brzegu której załadowaliśmy się do metalowych łodzi i przez dobre 40-50 minut płynęliśmy do Pagody.

 Nasz wesoły i sympatyczny przewodnik....

 ...zaprzyjaźnił się nawet z moim M*Issue ;)


Tak sobie płynęliśmy...;)

 W każdej łodzi wiosłowała jedna, drobna Wietnamka. Nasz wesoły przewodnik wyjaśnił, że to praca dla kobiet, by mężczyźni mogli w tym czasie iść ciężko pracować i zarabiać na życie. Cóż... wiosłowanie z ósemką grubych białasów na łodzi przez tak długi czas to przecież lekka praca, kto by się tam zmęczył czymś takim. Uderzyły mnie wyjaśnienia przewodnika, przez jedno słowo którego użył odpowiadając na nasze pytania, dlaczego wiosłują kobiety: „this is their ONLY job, their do it and then man can go to the factory to work”. Only job... ale cóż. Dla nich to też nie jest niczym niezwykłym. Udało nam się również dowiedzieć, dlaczego łodzie są metalowe, a nie drewniane jak w innych częściach Wietnamu. Otóż zrobienie jednej metalowej łodzi to koszt 100 dolarów, a drewnianej 200. I wszystko jasne.  
            Płynąc rzeką nie wiedziałam w którą stronę kierować obiektyw, wszystko wokół było zachwycające. Właściwie to tylko same góry i trzciny w wodzie, co nie zmienia faktu, że sceneria jest oszałamiająca. Oto kilka przykładów, choć niestety zdjęcia nie oddają piękna tamtego miejsca:




 Tym razem na wodzie, nie na polach ryżowych... wspaniałe miejsce. 



 Jak przetransportować jedną łódkę za pomocą drugiej...;)




 Wodny parking. 


Tę fotografię wstawiam, bo po prostu mi się spodobała..;)

            Niestety w końcu trzeba było wysiąść z łodzi i wtedy w pełni poczuliśmy palące słońce, które wkrótce nie omieszkało zamienić naszych twarzy w buraczane okręgi, jak i również obdarzyło nasze blade ciała ognistym kolorem. Udaliśmy się na zapewniony lunch, na który składały się sajgonki, ryż, gotowana kapusta, ryby, jakieś danie złożone głównie z mięsa i cebuli i oczywiście ze znienawidzonego przeze mnie tofu. Banany dopełniły posiłku i można było ruszać. Oczywiście okazało się, że zjedzenie obfitego posiłku przed wspinaczką w dokuczliwym słońcu i wysokiej temperaturze nie było najlepszym pomysłem, ale wtedy jeszcze o tym nie myśleliśmy. Wspinaczka po kamiennych wysokich schodach, o nieregularnych kształtach była bardzo męcząca, co kawałek wołały do nas babcie oferując zimną wodę i colę, a ceny nie były nawet takie drakońskie. Cały wysiłek okazał się jednak być opłacalny. Do pagody schodzi się kamiennymi schodami, na których spędziłam dobre 10 minut oglądając największego pająka, jakiego kiedykolwiek widziałam na żywo. Dziękowałam tylko wszystkim siłom wszechświata, że wisiał dosyć wysoko nad nami, gdyż ( o czym większość z Was wie) bardzo, ale to bardzo nie lubię tych stworzeń. A ten był po prostu przeogromny. Wcale nie koloryzuję. Wielki, czarny i... wielki.








Zejście do pagody. 

            Pachnąca Pagoda, rzecz jasna, pięknie pachnie kadzidłami. Jest miejscem niezwykłym i pobyt w niej zrobił mi bardzo dobrze. Przy jednym z ołtarzy postanowiłam porozmawiać z przodkami, może jacyś słuchają? O co prosiłam pozostanie tajemnicą, ale faktem jest to, że po opuszczeniu pagody nawiedziła mnie dziwna, ale bardzo pozytywna energia, która dosłownie mnie rozpierała. Dla tego uczucia mogłabym częściej pokonywać mordercze schody!








            Drogę w dół spędziłam w kolejce, a widoki z niej spełniły moje oczekiwania. Wewnątrz udało nam się porozmawiać z Wietnamczykami i w efekcie krótki zjazd był bardzo przyjemny.
            Ostatnim punktem programu było zwiedzenie mniejszej świątyni, tym razem położonej niemal na samym dole. Dziedziniec, wszystkie budynki i pomniki oczywiście są bardzo piękne, co widać na załączonych zdjęciach...;)



 Nie mogłam nie poprosić o zrobienie mi zdjęcia z lwem! M*Issue też zadowolony ;)



 Fotografia pt: Odpoczywający mnich. 


Nasza wesoła ekipa z dodatkiem czeskim i rosyjskim i uroczym przewodnikiem. 







            Tradycyjnie droga powrotna minęła zbyt szybko, a tak bardzo nie chciałam wysiadać z łodzi... ale wszystko co dobre szybko się kończy. W busie sporo ludzi drzemało, było ogólnie dosyć cicho i o wiele spokojniej niż podczas jazdy do Pagody. Jednak moja dziwna energia nie pozwoliła mi spać, wręcz przeciwnie, wraz z Zupą słuchałyśmy piosenek z mojego odtwarzacza mp3, głośno śpiewałyśmy i tańczyłyśmy... na siedząco. Calutką drogę. Widocznie w ten sposób objawia się u nas zmęczenie.
            Pachnącą Pagodę warto odwiedzić z powodu wspaniałych widoków, niesamowitej atmosfery i... jeszcze raz widoków. Mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję się tam wybrać.

 Zapomniałam... wsiadanie do łódki było co najmniej ekscytujące. 


 M*Issue w kolejce ;)





        Wpis przygotowałam już wczoraj i od tamtej pory nie wydarzyło się właściwie nic nadzwyczajnego. M*Issue dostał ode mnie fanta w postaci małego, słomkowego kapelusza ;) wygląda jak zwykły non, ale jest dopasowany do wielkości misia. Zrobię mu fotkę w jakimś klimatycznym miejscu i pokażę Wam mojego małego towarzysza podróży z wietnamskim akcentem ;)
       Zastanawia mnie, czy po powrocie do Polski zostaną mi jakieś nieładne nawyki ;) a gdybym tak w restauracji zaczęła odpadki i chusteczki wyrzucać a podłogę? Albo wzorem Wietnamek siedzących w obcisłych ciuszkach w panterkę i szpileczkach pluła w knajpie na podłogę? Na pewno byłoby to interesujące. 

         Mam w zwyczaju wyjaśniać tytuły wpisów, ale... tym razem niech intryguje. Powiem tylko, że odnalazłam swoją Afrykę w Wietnamie. 

       Do zaś! 

piątek, 14 października 2011

Z Hindusem w Wietnamie i wietnamskie złote rączki.


            Dni upływają szybko, pogoda w ciągu dnia zmienia się wielokrotnie. Jest duszno i gorąco, chwilę później leje jak z cebra, wszystko jest zalane, wody na ulicy po kostki, która jednak szybko spływa do odpływów, godzinę później znów jest tylko gorąco, następnie znowu leje (nie pada, leje) i tak w kółko. Nie wiem dlaczego nie pozbyłam się jeszcze nawyku czekania na zbawienne orzeźwienie po deszczu... tutaj się tego przecież nie doświadcza...;)
            Wracając autobusem z ambasady kilka dni temu w pewnym momencie zaczęłam wytrzeszczać oczy i szturchać koleżankę. Powodem był kierowca autobusu, który podniósł obie ręce wysoko i złapał się rurki za nim. Dodam, że autobus oczywiście jechał sobie dalej jakimiś zygzakami, ale cóż... przecież tutaj każdy tak jeździ.
            Wspominając o kierowcach muszę dodać, że są po prostu okrutni. Wielokrotnie zdarzyło mi się w Polsce pomstować na kierowcę, który nie zaczekał widząc mnie biegnącą, czy zamknął drzwi przed nosem, ale teraz widzę, że to było nic. Kiedy tutaj autobus zatrzymuje się na przystanku, lub w jego okolicach, ludzie ruszają do niego jakby ktoś ogłosił im, że w środku jest promocja dla pierwszych dziesięciu osób i dostaną gratis krem do stóp, czy inny proszek do prania. Jeszcze lepszym porównaniem jest górska lawina. Ale nie ma się czemu dziwić, ponieważ kierowca rusza kiedy mu się spodoba, niezależnie od tego, czy potencjalni pasażerowie już wsiedli, czy są dopiero jedną nogą na schodku. Ale mało tego! Jak napisałam kierowca często zatrzymuje autobus w okolicy przystanku, czyli kilka metrów za,, lub przed oznaczonym kawałkiem ulicy. Wtedy wysypują się wysiadający ludzie, natomiast zupełnie ignorują oni podbiegających te 10 metrów pasażerów, zamykają drzwi i jadą dalej. Miło, prawda? Wiecie już, jak wygląda jazda po tutejszych ulicach, wobec tego możecie sobie również wyobrazić, co dzieje się w środku. Wszyscy na siebie wpadają itd. itd...
            Zabawna jest obsługa naszego akademika. Mieszkam tutaj ponad tydzień (właściwie to nie wiem ile, bo jak mówiłam, dni płyną szybko, a było ich do tej pory mało), a nadal nie działa mi w pokoju światło w łazience. Procedura wygląda tak: przychodzi do nas młody facet, któremu za akademik płacimy i do którego się ze wszystkim zwracamy. Patrzy na żarówkę. Dzień później przychodzi z kumplem i razem oglądają żarówkę. Trzeciego dnia sprowadzają trzeciego, który naprawia światło, działa ono przez 10 minut i znów go nie mam. Kolejnego dnia żarówkę przychodzi obejrzeć ten pierwszy ciągnąc ze sobą czterech innych speców. Następnego dnia mamy światło. Czekam, aż znów go nie będzie...;) nie wiem, czy wymiana żarówki jest aż tak problematyczna. Podobnie sprawa miała się z montowaniem internetu. Dziewczyny doświadczyły tego dobra przez 10 minut, znów go nie ma i na nasze narzekania usłyszałyśmy „jutro”. Dodam jeszcze, że przy ulewach przecieka mi okno w pokoju (mamy takie rozsuwane, ze szparami), więc poszłam po tego, do którego powinnam, on obejrzał, później przyszedł inny... i póki co dalej wykręcam szmaty, którym pozatykałam okno...;)
            Wczoraj znów byliśmy na imprezie, ale wszelkie perypetie pozostają bez komentarza, w każdym razie, zabawa była przednia. W jej wyniku byłam dziś na kawie z Hindusem, który jest tutaj „for business”. Sympatyczny człowiek, ale nieco dziwny. Cóż, nasz ulubiony pub sprzyja zawieraniu międzynarodowych znajomości, z czego jestem zadowolona, ileż można się użerać z tymi Wietnamczykami...;) jeden mężczyzna z Australii nawet potrafił powiedzieć „jak sze masz” i „jesztesz piekna” ;) rewelacja!
            Od poniedziałku zaczynamy w końcu zajęcia na uczelni. Przez 5 dni w tygodniu będziemy uroczo spędzać poranki, a właściwie środek nocy, bo zajęcia mamy mieć od 8 do 11:50... zobaczymy jak to będzie...;)
            Niesamowite są tutaj burze... niebo rozświetlają ogromne błyski, grzmoty wstrząsają akademikiem, no i ta ulewa... deszcz zacina tak mocno, że tworzy jednolitą, szarawą ścianę. Coś wspaniałego. Ciekawe, czy szczury wtedy chowają się w naszych pokojach? ;) Są jednak mieszkańcy akademika, których uwielbiam. To... gekony! Urocze, małe jaszczurki, ze ślicznymi łapkami i wyłupiastymi, czarnymi oczkami... będzie mi w Polsce brakowało moich małych przyjaciół...;)

poniedziałek, 10 października 2011

Sztuczne karabiny


Olaboga, jak gorąco! Dzień minął w oparach 30 stopni Celsjusza, noc będzie przyjemniejsza tylko dzięki temu, iż nie praży słońce, co nie zmienia faktu, że będzie duszno i gorąco. Znów mam ochotę wycałować geniusza od klimatyzacji! Przeraża mnie panująca tutaj wilgoć w połączeniu z wysoką temperaturą...
Wczorajszy dzień uznaję za bardzo owocny! Wraz z Zupą, Motorówą, Trenerem, Izą, Monią, Iwoną i Węgierką wybraliśmy się do Muzeum Etnograficznego, które okazało się być niezwykle interesujące i warte zwiedzania! Co prawda pogoda była okropna(tzn było słonecznie i gorąco, więc tylko ja uważam, że była okropna^^), ale przynajmniej miałam dobre światło do zdjęć, których na terenie muzeum zrobiłam sporo!
Same eksponaty wewnątrz budynku robią spore wrażenie, a co dopiero przeznaczone do zwiedzania budynki znajdujące się na terenie muzeum! Dowiedzieliśmy się co nieco o historii wietnamskich plemion, obejrzeliśmy dawniej noszone stroje, narzędzie którymi posługiwano się na co dzień, wozy, scenki z życia wzięte, a także całe wielkie pomieszczenie poświęcone HIVowi. Zdjęcia z wnętrza muzeum zamieszczam poniżej! 


Takimi pojazdami się kiedyś poruszano!



 Znalazłam karabin i mój dzień stał się piękniejszy...;) tylko zobaczcie!



Kask wyklejony prezerwatywami, z działu o AIDS. 



 Drewniane japonki ;)



 M*Issue również zwiedzał muzeum!





 Księga gości w muzeum ;) jest wpis!



 Sukienka z prezerwatyw z działu o AIDS.

Po obejrzeniu wszystkich eksponatów udaliśmy się na spektakl mini teatru na wodzie. Co prawda nagłośnienie nie pozwalało na śledzenie dialogów (podwójny wysiłek, jednocześnie próbować coś usłyszeć i zrozumieć ^^), ale przedstawienie było efektowne i sądząc po brawach i radosnych okrzykach, które rozlegały się co chwilę, bardzo się wszystkim podobało...;)



Nie był to koniec atrakcji. Przyszedł także czas na zwiedzanie domków na zewnątrz. Niesamowite jest to, iż (po uprzednim ściągnięciu butów) można wejść do środka i zobaczyć, jak niegdyś wyglądały wietnamskie domy. Cóż, na wsiach nadal można takie spotkać. Sensacją był dom komunalny i „long house”, co zaraz zobaczycie na zdjęciach. Równie ciekawy był grobowiec otoczony obscenicznymi figurkami, co jest po prostu bezpośrednią aluzją dla osób grzebiących swoich bliskich. Rozmnażajcie się, bo inaczej nasze plemię wymrze. Wspomniany grobowiec, grobowiec, a także „long house” były dla nas inspiracją do bardzo ciekawych zdjęć...;)

 Dom komunalny.



 Long House - wnętrze.



 Long House



 Wspominany grobowiec z przesłaniem...


 ...i jedna z obscenicznych figurek.




Po męczącym zwiedzaniu ruszyliśmy na przystanek autobusowy, ale zaciekawił nas hałas dobiegający z parku naprzeciwko muzeum. W środku dla spędzających tam czas znajduje się mnóstwo atrakcji, nam szczególnie spodobał się darmowy aerobik na wolnym powietrzu, który odbywa się codziennie...;) mam nadzieję, że w którejś relacji będę mogła opowiedzieć, czy podobało mi się na takim aerobiku...;) 



Zakochałam się w kolejnej potrawie, czy też raczej potrawach. Chodzimy teraz często na ryż do wyboru. Za określoną kwotę wykupuje się numerek i staje w kolejce, gdzie pani na talerz nakłada porcję ryżu, a do tego wybieramy sobie określona liczbę dodatków, takich jak różne rodzaje mięsa, warzywa, omlety, jajka, orzeszki do ryżu (mmm, pyszne!), zieleninkę, sos i różne smaczne rzeczy, czyli po prostu sami układamy sobie posiłek. Rewelacyjny i smaczny ;)Prócz tego próbowałam jeszcze grilla, który wygląda tak, że zasiada się do niskich metalowych stolików z dziurą, w którą wkładają nam kocioł z węglem, a nad tym grillujemy to co sobie wybraliśmy, różne rodzaje mięsa i warzywa.



Trener odkrył, iż karabiny żołnierzy spacerujących po ulicach Hanoi, czy obstawiających jakiś budynek są tylko dla postrachu. Z lufy nie może nic wylecieć, bo jest to po prostu atrapa. Chwała Trenerowi i jego zdolności obserwacji...;) jest to póki co pierwsza militarna nowinka, jaką mogę się podzielić, niestety nie odkryłam jeszcze militarnego świata, którego bardzo mi tutaj brakuje. Ale na wszystko przyjdzie pora. Mam nadzieję zwiedzić wszystkie niesamowite miejsca, które sobie wymarzyłam zwiedzić.
Dzisiaj sensacyjnych wiadomości dnia dzisiejszego mam tylko jedną, otóż nigdy, przenigdy, nawet tutaj, nie widziałam takiego ruchu ulicznego. Ulica była zatłoczona tak, że nie dało się przejść w żaden sposób, bo ludzie jeździli motorami nawet po chodnikach, co jednak niczego nie zmieniło, ani nie ułatwiło. Zrobiłam zdjęcie, ale ono tego nie oddaje, musiałabym je zrobić z większej wysokości, wtedy zobaczylibyście niesamowity obraz ulicy pokrytej nawet nie plamami, ale jednolitym dywanem ludzkich, kolorowych kropek. 
 Oczywiście nie pamiętam co jeszcze chciałam opisać, a zapewne było tego sporo, jak zwykle. Tym lepiej dla Was, mniej czytania moich wypocin ;) pozdrawiam i do następnego!