piątek, 7 października 2011

Dzika impreza z policyjnym nalotem


Nie od dziś wiadomo, że jesteśmy zabawkami czasu. Zawsze uważałam, że mną, czas lubi się bawić wyjątkowo paskudnie, choć to pewnie tyczy się każdego z nas. Ale tutaj płynie on bardzo dziwnie. Jestem w Wietnamie ledwo od 10ciu dni, czuję się jakby minęły przynajmniej 2 miesiące, dni płyną powoli, ale jednocześnie niektóre z nich gdzieś uciekają, zupełnie jakby Pan Czas przewracał swoją wszechpotężną dłonią kartki w kalendarzu i zdarzało mu się obrócić dwie jednocześnie. To na tyle z jakiś moich... fanaberii czasowych.      
            Zacznę od drobnych spostrzeżeń kontynuując poprzedni wątek. Otóż, nie mogę się napatrzeć na eleganckich starszych panów pod krawatami, oczywiście w pełnym garniturze, gdzie obrazu wykwintności dopełnia dopasowana aktówka i jakieś niby ray bany, czy oprawki od innego armaniego. Zapewne zastanawiacie się co w tym dziwnego. Otóż, owi panowie, bardzo polskim zwyczajem, często noszą do tego sandały bądź klapki i... skarpetki. Oesu, jak uroczo!
            Na poniższym zdjęciu widać ulicę prostopadłą do tej, na której znajduje się mój akademik (wiecznie zapominam o zrobieniu zdjęć miejsca, w którym mieszkam). Jak widzicie dwa pasy ruchu są oddzielone betonowymi blokami, oba są jednokierunkowe (coś jak zwykła ulica, ale zamiast pasa zieleni te betonowe klocki). Siedząc na małym, wietnamskim, plastikowym krzesełku przy tej ulicy, z Ungiem i babcią, u której piłyśmy pepsi, zauważyłam, że ruch pod prąd nie jest niczym szczególnym. Po co jechać i zawracać, skoro można pojechać pod prąd. Żadnego z kierowców też to nie dziwi. 










            Dwa dni temu jechałam autobusem. Jazda okazała się całkiem zwyczajna i bezpieczna, pomijając kierowcę, który wyjątkowo niedelikatnie traktuje pedał gazu, swoją odzianą w klapek stopą. Bezpieczna jazda wynikała z tego, iż trafiłam na mały ruch i do kieszeni nie mógł mi sięgnąć żaden napierający w tłumie facet. Swoją drogą tyle się o tym mówi, a w Polsce w godzinach szczytu również trzeba walczyć o kawałek miejsca na szybie w autobusie, żeby się na niej swobodnie rozpłaszczyć.
            Absolutnym hitem okazała się wczorajsza impreza! Wybraliśmy się większym hitem poszukując klubu o nazwie Light House. Niestety, adresu nie znaleźliśmy, taksówkarze pozostawali bezradni, wiedzieliśmy tylko że to w okolicy jeziora, ale nie pomyśleliśmy, że chodzi o inne niż Zwróconego Miecza... Whatever ;) Ruszyliśmy grupką na poszukiwanie jakiegokolwiek baru, czy tak zwanej imprezowni. Przypadek sprawił, że trafiliśmy w miejsce, które spełniło nasze oczekiwania w 100%, jeśli mogę sobie pozwolić na wypowiadanie się w imieniu grupy. Ale na pewno mogę tak powiedzieć, o mojej taxi, czyli o Ungu, Zupie, Motorówie, Trenerowi i o mnie. Błądząc po hanojskich uliczkach trafiliśmy na gościa, który rozdając ulotki zapraszał do jakiegoś klubu. Na nasze pytanie jak tam trafić, po prostu nas tam zaprowadził... i zaczęło się ;) Jak to określił Trener, miejsce wyglądało jak typowa polska mordownia, choć moim zdaniem nie aż tak. Ciemne ściany, kolorowe światełka, głośniki o za dużej mocy jak a tak małe pomieszczenie, wysokie krzesełka wokół wysokich stoliczków i przy barze, na którym swoją drogą dobrze się tańczy. Na żadnym mi się jeszcze tak dobrze nie wywijało. Ale od początku!
            Zamówiliśmy, każdy co tam chciał, jakieś piwo, drinka, czy co tam się w barach pije i wesołą paplaniną rozpoczęliśmy zabawę. Imprezowe rytmy płynące z głośników nie dawały jednak spokoju naszym spragnionym wygibasów ciałom, zatem szybko ruszyliśmy w tamy na parkiet wielkości przeciętnej łazienki. Po pewnym czasie również inni napływający goście zaczęli tańczyć, więc ruchy ograniczały się do podskakiwania jak boje na wodzie, lub splatanie się w namiętnych tańcach, niczym śliskie kałamarnice, ale mimo to było bardzo wesoło i przyjemnie.
            Długo by tu opisywać nasze perypetie, związane z bawieniem się z gośćmi wietnamskimi, jak i również z innych części świata, np. z Australii, z barmanami itp., więc zajmę się tylko co ciekawszymi wątkami.
            Warto wspomnieć o tym, że w pewnym momencie beztroskich pląsów ucichła muzyka i równie szybko ucichł jęk zawodu na tę rewelację, ponieważ okazało się, że odwiedziła nas policja, w nieco mniej imprezowym nastroju. Przepraszający raz po raz barmani poprosili nas byśmy opuścili budynek na około 10 minut i później wrócili, zapewniając, że taki policyjny nalot to standardowa procedura. Nie mając wyboru opuściliśmy lokal i poszliśmy wskazaną drogą, by obejść budynek naokoło i wrócić na imprezę. Podczas tego krótkiego spaceru i tak spotkał nas szereg wydarzeń. Zaczęło się od tego, że zaczepiły nas dwie starsze Wietnamki. Do jednej z naszych koleżanek babcia podeszła i prawiła komplementy, jaka to ona nie jest piękna, nisko się nad nią pochylając. Niestety zbyt późno zauważyliśmy, że po tej akcji zniknął z szyi naszej koleżanki złoty łańcuszek. Do mnie kobita podeszła próbując dosłownie obmacywać i pokazując na różne części ciała, komentując słowami, jakie to wielkie i grube i poradziła mi schudnąć 8 kilo. Doszliśmy do wniosku, że próby jej inspekcji na mnie mogły również mieć na celu poszukiwanie cennych przedmiotów. Ruszyliśmy dalej. Wtedy przygoda spotkała mnie samą, kiedy zagadał do mnie taksówkarz pytając, czy potrzebujemy podwiezienia. Oznajmiłam, że nie i wywiązała się między nami konwersacja, przy czym ów mężczyzna w sile wieku ewidentnie mnie podrywał, więc z ulgą się pożegnałam. Nie wiedziałam, że jeszcze się spotkamy, ale o tym kilka linijek później.
            Wróciliśmy do klubu i kontynuowaliśmy zabawę. Nie ma się zbytnio nad czym rozwodzić, poza tym, że bardzo nam się podobało. Większość z nas odtańczyła swoją kolej na barze, zachęcana okrzykami barmanów. Integracyjnie bawiliśmy się również z „białasami” i kto tam się jeszcze nawinął. Z biedną Motorówą jedna Wietnamka chciała się aż za bardzo zintegrować. Mówiąc w skrócie, nasza dzielna Motorówa odparła namiętne zaloty wietnamskiej koleżanki. Co tam spotkało Trenera wolę tutaj nie opisywać...;) natomiast Zupie oszczędzono przygód wykraczających poza poziom normalności. Ung, jak to Ung. Co tu dużo gadać. Jakby to powiedział Marty z filmu „Madagaskar” to była dzika impreza i nawet ja, w Polsce stroniąca od klubów, mam ochotę jak najszybciej ją powtórzyć.
            Czas wrócić do „mojego taksówkarza”. Po wyjściu z klubu wpakowaliśmy się do stojącej przed nim taksówki, ale zdążył do mnie podbiec ten mój, prosząc bym jechała z nim. Tłumaczyłam, że to za drogo wyjdzie, więc chcę jechać z przyjaciółmi, na co on oświadczył, że jeśli pojadę z nim, to zawiezie mnie „for free!”. Uch... nie powiem w jak dosadny sposób dał mi do zrozumienia, czego oczekiwałby zamiast zapłaty, w każdym razie przy akompaniamencie chichotów całej reszty pospiesznie zamknęłam drzwi i wróciliśmy do akademika.
            Nie, to nadal nie koniec. Wszystkim włączyła się tak zwana gastrofaza, kiedy pieszo pokonywaliśmy kilkadziesiąt metrów do akademika. Ung zaczepiła młodego Wietnamczyka na skuterze, krzycząc do niego „anh oi!”  i pytając gdzie o tej porze można dostać „banh my”, czyli gorące bułki ze świeżo usmażonym jajkiem. Stukałam się w czoło, była przecież 2 w nocy (chyba ^^), a tutaj o 23 zamyka się wszystko. Ale ów anh wskazał jakieś miejsce, potem wrócił i udzielił dokładnych wskazówek jak tam dojechać, a właściwie zabrał Unga i Zupę do tego miejsca, a one wkrótce wróciły z gorącymi bułeczkami. Po wspólnym jedzeniu poszliśmy po prostu spać, wymieniając ostatnie wrażenia, jaka to była super impreza. 

Do napisania! ;) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz