środa, 26 października 2011

Martyna na Czarnym Lądzie

         Witam ponownie! Jestem zaskoczona ilością wiadomości z pretensjami o małej ilości update'ów, jakie dostaję....;) ale bardzo mi miło. W takim razie przepraszam za małą ilość wpisów, ale sami wiecie jak wygląda zakładanie internetu w akademiku, już pisałam o tych cudownych procedurach, a jakoś nie ma okazji, żeby przejść się na spokojnie do kawiarni wieczorem i korzystać z wifi. W każdym razie, obiecuję poprawę! ;) I proszę pamiętać o klikaniu na zdjęcia, wtedy można je zobaczyć w większym rozmiarze! 
           Dziś minął mój 29 dzień pobytu w Wietnamie. Starym zwyczajem, czuję jakby minęło o wiele więcej czasu, w tym wypadku jakieś 4 miesiące. Życie nabrało pewnej rutyny, która jednak nie jest do końca rutynowa...;) ta nie rutynowa rutyna objawia się w następujący sposób: od poniedziałku do piątku wstaję około 7:10 po uprzedniej walce w drzemkami w budziku. Szybki prysznic, wygrzebanie czegoś do ubrania z szafki i spacerek w stronę uniwersytetu, podczas którego zazwyczaj czeka mnie przystanek przy ‘banh my’ czyli malutkiej budce z bułkami. Niby zwykła bułka ze świeżo usmażonym, gorącym jajkiem, suszonym mięsem i ostrym sosem, ale tuż przed zajęciami jest idealna dla zabicia głodu i smakuje wyśmienicie. Od 8 do ok. 11:30 wykładowcy próbują nauczyć nas swojego ojczystego języka. Zajęcia okazały się być przyjemne, jest na nich wesoło, choć niemal każdego męczy poranne otępienie, bo też zajęcia zaczynamy przecież właściwie w środku nocy! Dwa lub trzy razy w ciągu zajęć ożywiamy się nieco na dziedzińcu uniwersytetu podczas przerw, które wykładowcy ustalają sobie według uznania. Po skończonych zajęciach często idziemy zjeść konkretny posiłek, czyli ryż z dodatkami do wyboru, lub np. ‘bun cha’ o którym chyba już pisałam. Alternatywą jest powrót do akademika i drzemka, która służy uprzedniemu niewyspaniu i udanie się na obiad w późniejszych godzinach. Czasami prosto po zajęciach jedzie się do centrum. Ja najbardziej lubię usiąść po zajęciach na ‘tra chanh’, czyli zielonej herbacie z limonką, cukrem i lodem. To też nie wydaje się być niczym niezwykłym, ale nie wyobrażam sobie dnia bez wypicia ‘tra chanh’. Popołudnie upływa na spacerach, wyjściu na zakupy, kawę, koktajl lub po prostu zwiedzaniu miasta. Wieczory i noce są intensywne i kolorowe...;)

Posiedzenie w 'bia hoi' czyli piwiarni ;) nie ma to jak wypić wietnamskie rozwodnione piwko i zagryzać surowymi sajgonkami! 

Takie tam.. godziny szczytu.


            Nim przejdę do głównego wątku dzisiejszego wpisu jeszcze kilka ciekawostek:
- W supermarketach panie przy kasie pakują podpaski w czarne worki w dodatku je związując, tak by nic nie było widać. Interesujące. Do tej pory nie wiedziałyśmy, że podpaski są czymś tak żenującym...;)
- Nie potrafimy wyjść ze zdumienia dla sposobu życia Wietnamczyków, którzy pracują w gastronomii, czyli na parterze swoich śmiesznych domów (wszystkie są bardzo wąskie, ale wysokie) prowadzą knajpy, kawiarnie, restauracje, piwiarnie itp. Przecież oni calutki dzień przesiadują w tym właśnie miejscu, pracując na zmianę, siedząc na malutkich plastikowych siedzonkach, wiecznie jedząc, pijąc, rozmawiając i skubiąc pestki słonecznika. Z kolei skąd tyle czasu mają przychodzący tam goście o każdej porze dnia? Godziny zajęć szkolnych i pracy muszą być zupełnie niereformowalne.
- Nadal z zainteresowaniem patrzę na hanojskie ulice i na to jak niezwykłe jest połączenie nowoczesności, prób wprowadzenia innej kultury z pewnym tradycjonalizmem. Naprzeciwko miejsca, w którym zawsze piję „tra chanh” jest uliczny fryzjer, czyli powieszone na ścianie budynku lustro, przed nim krzesło, a wokół tego krząta się właśnie fryzjer, depcząc po chodniku pełnym włosów, śmieci, pestek słonecznika itp. Zaraz obok znajduje się elegancka kawiarnia i mały market. Wystrojone panny manicure i pedicure robią sobie siedząc na chodnikach przy ulicach w warunkach w jakich nasz sanepid zapewne złapałby się za głowę. Swoją drogą niemal codziennie zdarza nam się wspomnieć o tym, że gdyby służby sanepidu zawitały do Wietnamu miałyby pracę do końca istnienia świata ;)



           To, co najbardziej zasługuje na opisanie zdarzyło się w sobotę. Nasza grupa postanowiła zwiedzić Pachnącą Pagodę, czyli Chua Huong, miejsce, którego zobaczenie kosztowało nas po 15 dolarów od osoby po wytargowaniu ceny o jakieś 10;)
            W sobotę o 8:30 pod akademik podjechał bus w którym było jeszcze dokładnie tyle miejsc ile nas czekało przy bramie. Wewnątrz siedzieli już Anglicy, Niemcy itp. itd. Około dwóch godzin jechaliśmy do miejsca, z którego do pagody wypływa się łodzią, ale i sama podróż nie była nudna. Fantastycznie było wreszcie zobaczyć coś poza zatłoczonym Hanoi! Nasze oczy cieszyła sceneria, która sprawiała, że w głowie huczało mi od myśli „tak, to jest Wietnam!” Z niemałym zachwytem patrzyłam jak zmieniał się krajobraz w miarę oddalania się od miasta. Ludzie pracowali na wielkich polach, w pobliży pasły się bawoły. Nieraz zza wysokich traw wystawały tylko słomkowe kapelusze. Najbardziej niezwykłe były jednak groby porozrzucane bezładnie na polach ryżowych. Piękne, duże pomniki z ołtarzykami i darami dla przodków. Ludzie często pracowali tuż w ich sąsiedztwie. Dla mnie widok niecodzienny, dla Wietnamczyków pochówek na polu ryżowym jest czymś zupełnie normalnym. Raz udało nam się zobaczyć coś w rodzaju cmentarza, przeważnie jednak grobów było obok siebie zaledwie kilka, czasami kilkanaście, a przeważnie stały po dwa, trzy, albo samotne. Czy pracujący tam Wietnamczycy myślą za każdym razem o swoich bliskich, którzy już odeszli gdy patrzą na te groby? Czy czują jakiegoś niezwykłego ducha, który snuje się między nimi i dodaje im sił do pracy? Tego jeszcze nie wiem... może to tylko moje głupie myśli, ponieważ dla mnie to zupełnie nowy widok.
            Wraz z Zupą zastanawiałyśmy się przez jakiś czas, czym są brązowe ziarenka, które suszyły się na chodnikach przed domami i po prostu na ulicy. Okazało się, że owa tajemnicza rzecz sukcesywnie rozjeżdżana przez samochody i skutery to po prostu ryż...;) Może tajemnicą wyśmienitego smaku tutejszego ryżu jest właśnie dodatek gumowego posmaku, czy osiadających spalin :D
            Po drodze pełnej niezwykłych widoków, śmiechów i wesołej paplaniny dotarliśmy do rzeki, przy brzegu której załadowaliśmy się do metalowych łodzi i przez dobre 40-50 minut płynęliśmy do Pagody.

 Nasz wesoły i sympatyczny przewodnik....

 ...zaprzyjaźnił się nawet z moim M*Issue ;)


Tak sobie płynęliśmy...;)

 W każdej łodzi wiosłowała jedna, drobna Wietnamka. Nasz wesoły przewodnik wyjaśnił, że to praca dla kobiet, by mężczyźni mogli w tym czasie iść ciężko pracować i zarabiać na życie. Cóż... wiosłowanie z ósemką grubych białasów na łodzi przez tak długi czas to przecież lekka praca, kto by się tam zmęczył czymś takim. Uderzyły mnie wyjaśnienia przewodnika, przez jedno słowo którego użył odpowiadając na nasze pytania, dlaczego wiosłują kobiety: „this is their ONLY job, their do it and then man can go to the factory to work”. Only job... ale cóż. Dla nich to też nie jest niczym niezwykłym. Udało nam się również dowiedzieć, dlaczego łodzie są metalowe, a nie drewniane jak w innych częściach Wietnamu. Otóż zrobienie jednej metalowej łodzi to koszt 100 dolarów, a drewnianej 200. I wszystko jasne.  
            Płynąc rzeką nie wiedziałam w którą stronę kierować obiektyw, wszystko wokół było zachwycające. Właściwie to tylko same góry i trzciny w wodzie, co nie zmienia faktu, że sceneria jest oszałamiająca. Oto kilka przykładów, choć niestety zdjęcia nie oddają piękna tamtego miejsca:




 Tym razem na wodzie, nie na polach ryżowych... wspaniałe miejsce. 



 Jak przetransportować jedną łódkę za pomocą drugiej...;)




 Wodny parking. 


Tę fotografię wstawiam, bo po prostu mi się spodobała..;)

            Niestety w końcu trzeba było wysiąść z łodzi i wtedy w pełni poczuliśmy palące słońce, które wkrótce nie omieszkało zamienić naszych twarzy w buraczane okręgi, jak i również obdarzyło nasze blade ciała ognistym kolorem. Udaliśmy się na zapewniony lunch, na który składały się sajgonki, ryż, gotowana kapusta, ryby, jakieś danie złożone głównie z mięsa i cebuli i oczywiście ze znienawidzonego przeze mnie tofu. Banany dopełniły posiłku i można było ruszać. Oczywiście okazało się, że zjedzenie obfitego posiłku przed wspinaczką w dokuczliwym słońcu i wysokiej temperaturze nie było najlepszym pomysłem, ale wtedy jeszcze o tym nie myśleliśmy. Wspinaczka po kamiennych wysokich schodach, o nieregularnych kształtach była bardzo męcząca, co kawałek wołały do nas babcie oferując zimną wodę i colę, a ceny nie były nawet takie drakońskie. Cały wysiłek okazał się jednak być opłacalny. Do pagody schodzi się kamiennymi schodami, na których spędziłam dobre 10 minut oglądając największego pająka, jakiego kiedykolwiek widziałam na żywo. Dziękowałam tylko wszystkim siłom wszechświata, że wisiał dosyć wysoko nad nami, gdyż ( o czym większość z Was wie) bardzo, ale to bardzo nie lubię tych stworzeń. A ten był po prostu przeogromny. Wcale nie koloryzuję. Wielki, czarny i... wielki.








Zejście do pagody. 

            Pachnąca Pagoda, rzecz jasna, pięknie pachnie kadzidłami. Jest miejscem niezwykłym i pobyt w niej zrobił mi bardzo dobrze. Przy jednym z ołtarzy postanowiłam porozmawiać z przodkami, może jacyś słuchają? O co prosiłam pozostanie tajemnicą, ale faktem jest to, że po opuszczeniu pagody nawiedziła mnie dziwna, ale bardzo pozytywna energia, która dosłownie mnie rozpierała. Dla tego uczucia mogłabym częściej pokonywać mordercze schody!








            Drogę w dół spędziłam w kolejce, a widoki z niej spełniły moje oczekiwania. Wewnątrz udało nam się porozmawiać z Wietnamczykami i w efekcie krótki zjazd był bardzo przyjemny.
            Ostatnim punktem programu było zwiedzenie mniejszej świątyni, tym razem położonej niemal na samym dole. Dziedziniec, wszystkie budynki i pomniki oczywiście są bardzo piękne, co widać na załączonych zdjęciach...;)



 Nie mogłam nie poprosić o zrobienie mi zdjęcia z lwem! M*Issue też zadowolony ;)



 Fotografia pt: Odpoczywający mnich. 


Nasza wesoła ekipa z dodatkiem czeskim i rosyjskim i uroczym przewodnikiem. 







            Tradycyjnie droga powrotna minęła zbyt szybko, a tak bardzo nie chciałam wysiadać z łodzi... ale wszystko co dobre szybko się kończy. W busie sporo ludzi drzemało, było ogólnie dosyć cicho i o wiele spokojniej niż podczas jazdy do Pagody. Jednak moja dziwna energia nie pozwoliła mi spać, wręcz przeciwnie, wraz z Zupą słuchałyśmy piosenek z mojego odtwarzacza mp3, głośno śpiewałyśmy i tańczyłyśmy... na siedząco. Calutką drogę. Widocznie w ten sposób objawia się u nas zmęczenie.
            Pachnącą Pagodę warto odwiedzić z powodu wspaniałych widoków, niesamowitej atmosfery i... jeszcze raz widoków. Mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję się tam wybrać.

 Zapomniałam... wsiadanie do łódki było co najmniej ekscytujące. 


 M*Issue w kolejce ;)





        Wpis przygotowałam już wczoraj i od tamtej pory nie wydarzyło się właściwie nic nadzwyczajnego. M*Issue dostał ode mnie fanta w postaci małego, słomkowego kapelusza ;) wygląda jak zwykły non, ale jest dopasowany do wielkości misia. Zrobię mu fotkę w jakimś klimatycznym miejscu i pokażę Wam mojego małego towarzysza podróży z wietnamskim akcentem ;)
       Zastanawia mnie, czy po powrocie do Polski zostaną mi jakieś nieładne nawyki ;) a gdybym tak w restauracji zaczęła odpadki i chusteczki wyrzucać a podłogę? Albo wzorem Wietnamek siedzących w obcisłych ciuszkach w panterkę i szpileczkach pluła w knajpie na podłogę? Na pewno byłoby to interesujące. 

         Mam w zwyczaju wyjaśniać tytuły wpisów, ale... tym razem niech intryguje. Powiem tylko, że odnalazłam swoją Afrykę w Wietnamie. 

       Do zaś! 

1 komentarz: