piątek, 14 października 2011

Z Hindusem w Wietnamie i wietnamskie złote rączki.


            Dni upływają szybko, pogoda w ciągu dnia zmienia się wielokrotnie. Jest duszno i gorąco, chwilę później leje jak z cebra, wszystko jest zalane, wody na ulicy po kostki, która jednak szybko spływa do odpływów, godzinę później znów jest tylko gorąco, następnie znowu leje (nie pada, leje) i tak w kółko. Nie wiem dlaczego nie pozbyłam się jeszcze nawyku czekania na zbawienne orzeźwienie po deszczu... tutaj się tego przecież nie doświadcza...;)
            Wracając autobusem z ambasady kilka dni temu w pewnym momencie zaczęłam wytrzeszczać oczy i szturchać koleżankę. Powodem był kierowca autobusu, który podniósł obie ręce wysoko i złapał się rurki za nim. Dodam, że autobus oczywiście jechał sobie dalej jakimiś zygzakami, ale cóż... przecież tutaj każdy tak jeździ.
            Wspominając o kierowcach muszę dodać, że są po prostu okrutni. Wielokrotnie zdarzyło mi się w Polsce pomstować na kierowcę, który nie zaczekał widząc mnie biegnącą, czy zamknął drzwi przed nosem, ale teraz widzę, że to było nic. Kiedy tutaj autobus zatrzymuje się na przystanku, lub w jego okolicach, ludzie ruszają do niego jakby ktoś ogłosił im, że w środku jest promocja dla pierwszych dziesięciu osób i dostaną gratis krem do stóp, czy inny proszek do prania. Jeszcze lepszym porównaniem jest górska lawina. Ale nie ma się czemu dziwić, ponieważ kierowca rusza kiedy mu się spodoba, niezależnie od tego, czy potencjalni pasażerowie już wsiedli, czy są dopiero jedną nogą na schodku. Ale mało tego! Jak napisałam kierowca często zatrzymuje autobus w okolicy przystanku, czyli kilka metrów za,, lub przed oznaczonym kawałkiem ulicy. Wtedy wysypują się wysiadający ludzie, natomiast zupełnie ignorują oni podbiegających te 10 metrów pasażerów, zamykają drzwi i jadą dalej. Miło, prawda? Wiecie już, jak wygląda jazda po tutejszych ulicach, wobec tego możecie sobie również wyobrazić, co dzieje się w środku. Wszyscy na siebie wpadają itd. itd...
            Zabawna jest obsługa naszego akademika. Mieszkam tutaj ponad tydzień (właściwie to nie wiem ile, bo jak mówiłam, dni płyną szybko, a było ich do tej pory mało), a nadal nie działa mi w pokoju światło w łazience. Procedura wygląda tak: przychodzi do nas młody facet, któremu za akademik płacimy i do którego się ze wszystkim zwracamy. Patrzy na żarówkę. Dzień później przychodzi z kumplem i razem oglądają żarówkę. Trzeciego dnia sprowadzają trzeciego, który naprawia światło, działa ono przez 10 minut i znów go nie mam. Kolejnego dnia żarówkę przychodzi obejrzeć ten pierwszy ciągnąc ze sobą czterech innych speców. Następnego dnia mamy światło. Czekam, aż znów go nie będzie...;) nie wiem, czy wymiana żarówki jest aż tak problematyczna. Podobnie sprawa miała się z montowaniem internetu. Dziewczyny doświadczyły tego dobra przez 10 minut, znów go nie ma i na nasze narzekania usłyszałyśmy „jutro”. Dodam jeszcze, że przy ulewach przecieka mi okno w pokoju (mamy takie rozsuwane, ze szparami), więc poszłam po tego, do którego powinnam, on obejrzał, później przyszedł inny... i póki co dalej wykręcam szmaty, którym pozatykałam okno...;)
            Wczoraj znów byliśmy na imprezie, ale wszelkie perypetie pozostają bez komentarza, w każdym razie, zabawa była przednia. W jej wyniku byłam dziś na kawie z Hindusem, który jest tutaj „for business”. Sympatyczny człowiek, ale nieco dziwny. Cóż, nasz ulubiony pub sprzyja zawieraniu międzynarodowych znajomości, z czego jestem zadowolona, ileż można się użerać z tymi Wietnamczykami...;) jeden mężczyzna z Australii nawet potrafił powiedzieć „jak sze masz” i „jesztesz piekna” ;) rewelacja!
            Od poniedziałku zaczynamy w końcu zajęcia na uczelni. Przez 5 dni w tygodniu będziemy uroczo spędzać poranki, a właściwie środek nocy, bo zajęcia mamy mieć od 8 do 11:50... zobaczymy jak to będzie...;)
            Niesamowite są tutaj burze... niebo rozświetlają ogromne błyski, grzmoty wstrząsają akademikiem, no i ta ulewa... deszcz zacina tak mocno, że tworzy jednolitą, szarawą ścianę. Coś wspaniałego. Ciekawe, czy szczury wtedy chowają się w naszych pokojach? ;) Są jednak mieszkańcy akademika, których uwielbiam. To... gekony! Urocze, małe jaszczurki, ze ślicznymi łapkami i wyłupiastymi, czarnymi oczkami... będzie mi w Polsce brakowało moich małych przyjaciół...;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz