Aha! Uprzedzając kolejne komentarze... zdjęcia ukazują się w większym formacie, wystarczy na nie kliknąć ;)
Wydawałoby się, że każdego dnia dzieje się to samo... niekończące się uliczki, stragany, budki z jedzeniem, wołający miejscowi. A jednak tutaj, w Wietnamie, nie ma czasu na rozpamiętywanie, czy wspominanie, umysł przytłoczony jest tym co nowe i ekscytujące.
W niedzielę wieczorem, siedząc na progu domu Unga, zbulwersowałam się straszliwie. Otóż,. Bezczelnie gapiła się na nas wietnamska babcia i jeszcze odwracała głowę siedząc na skuterze tak mocno, że nie powstydziłaby się tego żadna żyrafa. To nic, wszyscy tak robią. Ale żeby na mnie gapiła się tak stara baba, która jedzie na skuterze piżamie! Wyobrażacie sobie?! Bezczelnie gapi się na mnie baba ze skutera jadąc w piżamie. Próbowałam sobie wyobrazić, gdyby w Polsce ktoś jeździł sobie na skuterze będąc ubranym w piżamę i gumowe klapki. Sami wiecie jakby to było.
Wprowadziłam się już do akademika. Jest do zniesienia, szczury biegają sobie tylko po korytarzu, ale nie ma ich w pokojach. Póki co. Klimatyzacja chłodzi, materace w łóżkach wygodne, a chwilowo, czego mogę więcej potrzebować do szczęścia.
Wczoraj oczywiście nie mogło obyć się bez spaceru! Tym razem Ung i ja długo szłyśmy jedną ulicą, kolorową jak podczas karnawału w Rio i zatłoczoną jak... no tak. Jak to w Wietnamie. Nawiązując do ruchu ulicznego, dziś po raz pierwszy widziałam wypadek drogowy z udziałem Wietnamki na rowerze i Wietnamki na skuterze. Oczywiście ta pierwsza była bardziej poszkodowana, ale huk, jakby ktoś rozsypał na drewnianych panelach tonę klocków lego był złudny, bo obie wyszły z tego z małymi obrażeniami. Niestety wypadków jest tutaj sporo. Kierowcy nie rozwijają wielkich prędkości, nie ma takiej możliwości, ale wspominałam już jak jeżdżą. Można to porównać do gry w Snake’a, tyle że na ekranie nie ma jednego węża, a kilka tysięcy i każdy z nich próbuje podążać własną ścieżką.
Komentarze na ulicach na nasz widok nie ustają, prawie też nie różnią się treścią. Prawie, bo jeden Wietnamczyk dziś krzyczał, że wyglądam „ngon”, czyli smacznie. Interesujące. Jedna miejscowa, podekscytowana dziewczyna zagadała Unga i mnie śmiejąc się przy tym, jakby w cyrku zobaczyła dwugłowego słonia. Wskoczyłam na kolejny level konwersacji w języku wietnamskim odpowiadając na jej liczne pytania.
Zapewne zastanawia Was tytuł dzisiejszego wpisu. Otóż bawiąc się na korytarzu akademika (który nie ma ścian zamykający budynek, jest po prostu murek zapobiegający spadaniu z pięter i tyle) widzieliśmy na gzymsie po przeciwnej stronie goniące się szczury, które mówiąc ładnie i delikatnie uprawiały miłość. Co za uroczy widok! Jeśli już jesteśmy przy takich tematach, to proszę, o! Co oni tutaj mają! Zaraz naprzeciwko Jeziora Zwróconego Miecza! Czyli foto nr 2 poniżej:
Warta opisania jest też moja mała przygoda na chodniku. Nie, nie chodzi mi nawet o tę sytuację, kiedy zjechałam ze zdradliwego krawężnika (bo one są takie skośne) i wpadłam nogą do szamba, ścieków, czy też jak zwał tak zwał, ale śmiechu było co niemiara), ale o wietnamskiego dziadka, który zaczepił mnie chwytając za rękę i przykładając ją sobie do pleców! Z mieszanych krzyków jego i moich (nie, nie!) udało nam się z Ungiem dowiedzieć, iż chciał bym zrobiła mu masaż, bo bolały go plecy. Nawet mnie już nie zdziwiła ta bezpośredniość.
Dzisiejszy dzień zaowocował spacerem wokół Jeziora Zwróconego Miecza. Właściwie spacerujemy wokół niego każdego dnia, ale dzisiaj udało mi się pstryknąć kilka ładniejszych zdjęć, również na Czerwonym Moście i z niego. Warto oglądać sobie miasto z różnych perspektyw...;) Tam nie działo się nic szczególnie ciekawego, prócz tego, że wokół nas kręciła się ekipa telewizyjna i wyprawiały się dziwne rzeczy. Wiemy tylko, że coś kręcili, ale pojęcia nie mamy co to takiego było. W każdym razie znalazłyśmy się w jednym z ujęć kamery, ale mam nadzieję, że nie będziemy tłem w jakimś głupawym programie rodem przerywników na mtv, czy coś takiego.
Oczywiście nadal jemy dobre rzeczy...;) kuchnia wietnamska jest wspaniała, musicie koniecznie spróbować! :D
Zapomniałam jeszcze o fotce bramy, przez którą wchodzi się na czerwony most na Jeziorze Zwróconego Miecza!
Znowu o czymś zapomniałam! O ile pisałam o tym, jak nas zagadują, zaczepiają i wyzywają, o tyle zapomniałam wspomnieć o natarczywości ulicznych sprzedawców, a jest ich sporo, oraz o zabieganiu o klienta, np w kawiarni. Idąc ulicą można spotkać mnóstwo Wietnamczyków, którzy noszą ze sobą anglojęzyczne DVD z filmami, parasole, peleryny przeciwdeszczowe, owoce i co tylko sobie człowiek wymarzy. Zazwyczaj podchodzą i nawijają po wietnamsku, namawiając do kupna i trudno się od nich odczepić ;) Oto przykładowa fotka, zaczepiany Ung:
Mina Unga zdecydowanie wskazuje już na jej zrezygnowanie :D
Zarabiać także można na nagabywaniu klienta, o czym miałyśmy okazję się przekonać idąc do tej kawiarni, z której właśnie piszę (tak, wifi tutaj jest wszędzie!). Nie okazywałyśmy niczym chęci wejścia tutaj, ale zaraz dopadło nas z sześciu przekrzykujących się chłopaków "tutaj chodźcie, mamy wifi, musicie iść do nas, jest wifi, no chodźcie tutaj!" :D i tak to wygląda zawsze. Poniżej fotka, w której chłopak zatrzymuje panią na skuterze zachęcając do zjedzenie owoców w mleku sojowym i kokosowym z lodem (mmm, pycha!) i co najważniejsze... oni robią to skutecznie! ;)
To tyle na dziś, żeby za bardzo nie zanudzać. Jeśli chcecie jeszcze barwniejsze relacje z ruchu ulicznego, to proszę o zrzutkę na motorek, chętnie bym się nim poruszała po Ha Noi ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz