sobota, 17 grudnia 2011

Miesiąc z moim Tygryskiem!


                Dokładnie miesiąc temu zaczęliśmy nasz związek… Od samego początku wiedziałam, że to jest właśnie coś, czego szukałam. Dopiero z nim naprawdę zaczęłam żyć. To była miłość od pierwszego… jeżdżenia. Mowa oczywiście o moim Tygrysku, który fachowo też nazywa się Honda Wave Alpha, czyli pół-automatyczny motorek znacznie ułatwiający życie w Ha Noi. Nazywam go motorkiem, niektórzy mówią na to po prostu motor, albo zabawniej „skuter z biegami”, których mój Tygrys posiada 4, tak jak wszystkie modele tego typu.
                Jazda motorkiem po mieście jest absolutnie niesamowita! Z perspektywy pasażera wydawało się być cholernie trudne przeciskanie się między setkami innych motorków i skuterów, ale wystarczyło wsiąść na motor, włączyć się w ruch uliczny i proszę! Jazda jak się patrzy! Teoretycznie nikt nie przestrzega żadnych przepisów drogowych (o ile takie w ogóle tutaj istnieją), czerwone światła są respektowane tylko w godzinach szczytów na wielkich skrzyżowaniach (co nie zmienia faktu, że gdy zegar odliczający czas do zapalenia się zielonego wskazuje pozostałe 7, czy 5 sekund wszyscy już ruszają), pasy na jezdni namalowane są chyba tylko dla formalności. Lawirowanie między taksówkami, motorami, autobusami (które swoją drogą są jak potwory, nie liczą się z nikim, po prostu jadą i trzeba przed nimi uciekać) jest niesamowicie przyjemne. I jak już wspomniałam, nikt nie przestrzega ewentualnych przepisów, ale można odnaleźć logikę w sposobie jeżdżenia. Wystarczy jechać przed siebie i patrzeć, czy nikt nie wjeżdża nam pod koła, nie interesując się zbytnio tymi którzy jadą za nami. Wystarczy jechać zygzakiem po ulicy, wymijając się nawzajem i patrzeć na kierowców przed nami, ewentualnie odtrącać łokciami tych obok nas. Bo takie dokładnie są odległości jednej maszyny od drugiej. Nie ma żadnego jechania, jeden za drugim. Po prostu masa motorów, gdzie każdy się wymija, lawiruje itp. Itd. W odległości takiej, byle za bardzo nie obcierać lakieru, albo nie przypalić komuś nogi rurą wydechową ;) tak to właśnie wygląda. Mam nadzieję, że uda mi się nagrać filmik z jazdy w godzinach szczytu, bo żadne słowa nie są w stanie oddać tego, co faktycznie dzieje się na ulicach.
                Po mieście nieustannie krążą poszukujący klientów „przewoźnicy” w postaci faceta na motorze. Podjeżdżają zawsze i wołają „Madame, motorbike, veri cip! Veri cip!”. Jestem niesamowicie wdzięczna, że posiadam swój „veri cip motorbike” i z tej radości czasami dla żartu sama poklepuję zachęcająco siedzenie za mną wołając dokładnie to samo co owi panowie.
                Klimat wyraźnie się ochłodził, co przyjmuję z pewną ulgą. Jednak oczywiście brak tutaj czegoś takiego jak ogrzewanie, więc w pokojach naszego cudownego akademika jest jednak chłodno. Najbardziej dokuczliwy jest jednak chłód podczas późnych powrotów do domu, bo jednak jadąc motorem mocno wieje. Dobrze, że zabrałam z Polski swój ukochany goretex, który przydaje się właśnie na motor, chroniąc przed wiatrem i deszczem.
                Każdy ma swój sposób na chłodniejsze dni. Wietnamczycy chodzą w grubych swetrach, pikowanych kurtkach, czapkach, szalikach, rękawiczkach i… japonkach. Oczywiście, co elegantsze panny ubierają kozaki na szpilkach, ale jednak wciąż widać pełno tubylców, którzy ubrani są jak na Syberię, ale do tego noszą japonki, klapki, sandałki itp. Czasami do japonek wkładają skarpety. Podobnie owe eleganckie kobitki. Bardzo często widuje się stopę odzianą w piękne szpilki i fioletowe skarpety w misie. Niby nic nowego, ale zawsze to zabawnie sobie na to popatrzyć.
                Czas przejść do tematu jedzenia! Wraz z Motorówą, Zupą i Krisem jadłam kacze embriony. Ugotowane. Muszę przyznać, że są bardzo smaczne, szczególnie oczy. Nie, ja mówię zupełnie poważnie. Siedzieliśmy sobie w nocy na małych stoliczkach, bo jakżeby inaczej, na Flower Market i jedliśmy te jajeczka z małymi kaczuszkami. Rewelacja!
                Wczoraj, tradycyjnie poszłam „coś zjeść” z moją stałą ekipą wietnamskich znajomych. Zazwyczaj wychodzimy między godziną 2 a 4 w nocy i przeważnie jemy zupę pho, makaron, jajka, obgryzamy kości z kurczaka (u nas takie kości dostaje już do jedzenia piesek, tutaj na stole ląduje miska z resztkami którymi wszyscy się ze smakiem zajadają) itp. Natomiast wczoraj ze zdziwieniem zaparkowałam motor w zupełnie innym miejscu i na stoliczku wylądowały półmiski z małżami, ślimakami i przepiórczymi jajeczkami, również z embrionem. O ile jajeczka moczone w ostrym sosie były znośne, a także (choć nigdy bym się tego po sobie nie spodziewała) zasmakowały mi małże, o tyle ślimaki smakują po prostu potwornie. W przypadku ślimaków i małż procedura wygląda podobnie: bierze się metalowy szpikulec i wydłubuje z muszli glutowatą zawartość. Kiedy ktoś podaje mi nadzianą glutowatą zawartość na szpikulec nie wypada odmówić i nie przyjąć tego, co mi dają, bo to jest niegrzeczne. A że w owym gronie znajduje się ktoś (nazwijmy do Panem Szkło), kto zawsze nakłada mi do miseczek i ogólnie podaje różne przysmaki, to trochę tych glutów musiałam przecierpieć. Za to moi wietnamscy znajomi wcinali, aż im się uszy trzęsły. Uwielbiają owe ślimaki i małże. Systematycznie napełniane półmiski znikały bardzo szybko, choć mnie się wydawały, że miną całe wieki, zanim będę mogła pojechać zjeść coś normalnego, czego domagał się mój burczący brzuch ;) nie zmienia to faktu, że każde wspólne posiedzenie przy jedzeniu jest bardzo wesołe i uwielbiam tak spędzać czas.
                Nie opuszczając tematu jedzenia, warto wspomnieć o jedzeniu ryżu z… ziemniakami. Dosyć często chodzimy na ryż, do którego dobiera się kilka dodatków z różnego rodzaju mięs, warzyw itp. Jednym z dodatków są smacznie przyrządzone ziemniaki pokrojone w plasterki i zazwyczaj są one na talerzu kilkorga z nas, jeśli idziemy jeść w kilka osób. Nie widziałam w tym nic dziwnego, dopóki Trener nie rzucił hasła: „nie ma to jak jeść ryż z ziemniakami”. Faktycznie…
                Procedura zamykania barów przez policję wciąż mnie dziwi. Nie chodzę już do Bucket Bar, bo to miejsce przestało istnieć. Od dłuższego czasu przesiaduję we Flow Bar, gdzie pracuje większość ludzi z Bucket i to właśnie z tą ekipą co noc chodzę jeść. Miejsce to bardziej przypadło mi do gustu niż nieistniejący już Bucket. W każdym razie, tutaj policja przychodzi zazwyczaj około godziny 0:00 – 1:00, goście opuszczają bar (jestem chyba uprzywilejowana, bo nigdy nie wychodzę razem z innymi), po to, by wrócić po 10ciu minutach, kiedy muzyka rozbrzmiewa na nowo. Po jakimś czasie policja wraca i sytuacja się powtarza. I tak nawet do 3ch, 4rech razy każdej nocy. Nie widzę tutaj logiki, przecież policjanci doskonale sobie zdają sprawę z tego, że goście wrócą do baru… cóż. Dziwiło mnie też to, że mimo nakazu zamykania wszelkich jadłodajni na noc, wciąż mamy wiele miejsc które regularnie odwiedzamy w porze nocnej i są one otwarte. Otóż, niektórzy właściciele po prostu dają policji sporą łapówkę, inni zawsze udają, że „właśnie zmykają”. Oczywiście, tutaj policja też jest świadoma, że to wytłumaczenie, bo każdej nocy sytuacja jest taka sama.
                Są też miejsca, które z pozoru wyglądają na zamknięte, a tętnią życiem. Kilka dni temu, nasz wietnamski kolega, jeden z barmanów we Flow Bar obchodził urodziny. Uczciliśmy je imprezą, tortem jedzonym palcami w barze, następnie późną kolacją, po czym pojechaliśmy… gdzieś. Zaparkowałam motor przed jakimś budynkiem, z roletą antywłamaniową spuszczoną do samego chodnika, gdy nagle ona się podniosła i weszliśmy na… karaoke! Nie pomyślałabym, że o tej porze tam może się cokolwiek dziać, a jednak! Wietnamczycy mają to do siebie, że większość z nich potrafi bardzo dobrze śpiewać. Zdarzają się tylko nieliczne wyjątki potwierdzające ową regułę. Słuchanie śpiewu wietnamskich, romantycznych piosenek, przez nasze koleżanki i kolegów były magiczne. Z reguły te utwory są tandetne, mówią o nieszczęśliwej miłości itd., ale mają jednak w sobie coś, co sprawia, że z przyjemnością się ich słucha i śpiewa. Wspomniany już przeze mnie Pan Szkło zaskoczył mnie umiejętnością śpiewania, bo nie śpiewa tylko dobrze, czy poprawnie, ale po prostu pięknie! Godzinami mogłabym siedzieć słuchając jak śpiewa i jednocześnie obserwować go, ile uczucia wkłada w śpiew. Przy mikrofonie to zupełnie inny człowiek.
                Pochowały się gekony. Jest zbyt chłodno, żeby obserwować te sympatyczne stworzonka pełzające po ścianach. Natomiast szczury nie odpuszczają. Ostatnio z jednym nawet zatańczyłam. Zaskoczyłam go, stanął dokładnie naprzeciwko mnie. Nie boję się tych stworzeń, ani też nie bawi mnie krzywdzenie ich, więc kulturalnie zrobiłam krok w lewą stronę by mnie ominąć, ale jemu wtedy przyszło do głowy dokładnie to samo. Zrobiłam więc dwa kroki w prawo, ale on znów bezbłędnie odgadł moje intencje i tak chwilę potańczyliśmy, a w końcu on się zdenerwował i po prostu popędził między moimi nogami. Cóż… przynajmniej trochę się rozgrzałam, przed zakopaniem się w ciepłym śpiworze.
                Na koniec chciałabym także podziękować mojemu wspaniałemu Wujkowi Romkowi, po którym odziedziczyłam niebywały talent literacki (no chyba nikt nie zaprzeczy?! ^^), więc to oczywiście dzięki Niemu tak przyjemnie się czyta moje wypociny, dzięki Niemu moje palce sprawnie biegają po klawiaturze wypisując te interesujące rzeczy.  
                Tym oto akcentem skromności i dedykacją kończę. Następny wpis mam nadzieję umieścić po mojej podróży, którą planuję w okresie świąt Bożego Narodzenia. Wierzę, że dojdzie ona do skutku, a wtedy pojawi się mnóstwo interesujących zdjęć i opisów. Czołgiem!

wtorek, 22 listopada 2011

Halong


                Po nieustannym wdychaniu zanieczyszczeń w Ha Noi, dwudniowa wycieczka do zatoki Halong podziałała na mnie jak miesięczne wakacje nad morzem. Sądzę, iż moje towarzyszki podróży, czyli Zupa i Motorówa podzielają moje zdanie.
                Wczesnym rankiem miałam pewien problem ze wstaniem, ale Zupa zawrzała i to zdecydowanie mnie uratowało. Dotarłyśmy pod agencję turystyczną i czekałyśmy na busa, który zabrał nas nad zatokę. Podczas gdy dziewczyny zapoznawały nowych ludzi, ja próbowałam spać, ale na słynnych wietnamskich wertepach nie potrafiłam nawet uciąć sobie drzemki.
                Po kilku godzinach jazdy z ulgą przesiadłam z się z busa na łódź, stateczek, czy jak zwał, tak zwał. Bardzo szybko podano nam lunch, ale bardziej zajmowało nas podziwianie widoków. 





               
                Pierwszym punktem programu było zwiedzanie słynnych jaskiń w zatoce Halong. Nie wiem kto wpadł na pomysł podświetlania ich na kolorowo, w każdym razie tak oto wyglądają owe jaskinie, gdzie w stalaktytach i stalagmitach Wietnamczycy widzą smoki, lwie paszcze, wróżkę i różne twarze, a nam również udało się zobaczyć różne rzeczy przy pomocy wyobraźni. 







                Po zwiedzeniu kolorowych jaskiń kontynuowaliśmy rejs, leżąc na drewnianych leżaczkach na pokładzie i rozkoszując się słońcem, oraz otaczającym nas krajobrazem.  Autobusem przewieziono nas do małego miasteczka, gdzie nocowaliśmy w hotelu. Miejsce to jest zupełnie inne niż Hanoi. Przygotowane pod biznes turystyczny, ale ciche, czyste i spokojne.  Na karaoke fałszowałam tylko z dziewczynami i kilkoma Holendrami., nigdzie nie było hałaśliwego tłumu.

                Następnego dnia po wczesnej pobudce i śniadaniu wróciliśmy na łódź, znów pływaliśmy, aż trafiliśmy do pływającej wioski, gdzie czekały na nas kajaki, którymi można było wpłynąć przez tunele w miejsca tak piękne, że aż trudno mi to opisać. Niestety nie posiadam zdjęć miejsca, które nazywam sobie „zamkniętym rajem”, gdyż uznałam za ryzykowne zabieranie aparatu na kajak. Otóż, kajakiem wpływało się przez tunel w górze do takiego okręgu, kawałku morza otoczonego górami z każdej strony, do którego dostać się można jedynie taki tunelem. Widok był niesamowity! Woda miała tam zupełnie inny kolor przez refleksy światła, oraz odbicie roślin porastających góry. Moja szczęka bardzo filmowo opadła w dół, gdy wraz z moim kajakowym partnerem chwilę dryfowaliśmy obracając głowy dookoła, by wryć sobie w pamięć obraz tego, co widzieliśmy.  Następnym razem na pewno jakoś uda mi się pstryknąć fotki! Zabawne było to, iż wcześniej popłynęliśmy w zupełnie inną stronę i przepłynęliśmy wąziutkim tunelem przez środek małej skały na morzu, co wprawiło nas w dumę i wesołość, nie wiedząc co dopiero na nas czeka.





 Tutaj widać kajaki wpływające do zamkniętego raju...

                Pływająca wioska również jest czymś niesamowitym. Kilka domków na wodzie, linami przywiązanymi do gór i skał, widziałam obrazki z życia codziennego. Babcia zmywała naczynia, mama bujała dziecko na ha maczku, dziadek wyprawiał ryby… trudno wyobrazić sobie życie właściwie z dala od cywilizacji, na wodzie… a jednak można tak żyć.

 Wietnamskie korki, nawet na morzu ;)

Pływająca wioska. 


Pływająca wioska. 

To przez tę skałę po lewej stronie, mój partner oraz ja przepłynęliśmy kajakami pękając z dumy...



                Podczas wycieczki spotkaliśmy sympatycznych i wesołych kompanów, dzięki którym wyprawa była podwójnie przyjemna. Magia zatoki Halong sprawia, że bardzo chciałabym znów tam pojechać… bo dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi!

wtorek, 15 listopada 2011

Różne różności...

           Witam po długiej przerwie i cóż... zapraszam do czytania!


           10 listopada Polacy przebywający na terenie Wietnamu mogli dzielić się radością z powodu obchodów rocznicy odzyskania niepodległości na terenie ambasady Polski. Miło było znaleźć się w gronie rodaków, oraz tylu Wietnamczyków mówiących po polsku – dosyć niecodzienny widok.
            Muszę się do czegoś przyznać. Nie tęsknię wcale za polskim jedzeniem w przeciwieństwie do moich znajomych, którzy ucieszyli się na widok flaczków, bigosu, pierogów i sałatki jarzynowej ;) tak więc smętne rozmyślania i melancholię zostawiłam sobie na kolejny dzień, kiedy przypadała faktyczna data święta, a tamtego dnia bawiłam się i miło spędzałam czas. Nie będę zbytnio rozpisywała się na temat tego przyjęcia, na zdjęciach zobaczycie jak to wszystko wyglądało, a tymczasem pozwolę sobie przejść do opowieści różnych treści. 




 Takie tam... wielkie Panie w ambasadzie ;)



            Stało się to, czego chciałam uniknąć, będąc świadoma i uprzedzona przed takimi wydarzeniami. Otóż wczoraj w nocy, wracając do akademika, do którego podrzucał mnie skuterem wietnamski przyjaciel zostałam okradziona. Tak, podczas jazdy skuterem. Siedziałam oczywiście za moim kierowcą z torebką przewieszoną przez ramię i dla bezpieczeństwa trzymaną przed sobą, przyciśniętą do siedzenia. Nie usłyszałam nawet motoru, który podjechał do nas z dużą prędkością. Kierowca wprawnie zbliżył się do nas, a pasażer sięgnął za siebie, złapał za ucho torebki i szarpnął. Cóż, nie poddałam się bez walki. Automatycznie chwyciłam wyślizgujące się ucho i pociągnęłam do siebie, ale tamten okazał się być silniejszy i pozostawiając na mojej ręce wspaniałe ślady, zerwał ucho torebki i 3 sekundy później znikli nam z oczu. Opowiadając o tym mogę podać mnóstwo takich szczegółów, ale wszystko działo się tak szybko i sprawnie, że mam pewność, iż była to robota „profesjonalistów”, a nie przypadkowych piratów drogowych. Elementem zaskoczenia był fakt, iż nie puściłam od razu torebki i zauważyłam lekką konsternację w ich czynach, co nie zmienia faktu, że i tak zrobili swoje. Oczywiście więc straciłam mnóstwo dokumentów wypełniających mój portfel, a także sentymentalne śmieci i wizytówki, których nie mogło w nim zabraknąć, około 15 dolarów, sweterek, długopis, trochę babskiego sprzętu upiększającego, tabletki na kaszel itp. itd. a prócz tego... rolkę papieru toaletowego. Cóż, 15 dolarów to na pewno nie jest łup, który zadowoli takich złodziei, więc w przypływie czarnego humoru mój przyjaciel i ja zaśmiewaliśmy się, że papier będą mieli na otarcie łez.
            Od tej pory nie będę już więc mówiła „w Wietnamie to się zdarzają takie rzeczy, jak...”, tylko „taka rzecz przytrafiła się mi.” Mam relację z pierwszej... no tak, z tej nieszczęsnej ręki. Nie pomogło nawet wcześniejsze przygotowanie na taką ewentualność.

            Po dramatycznej opowieści czas na nieco weselsze szczegóły. Okazuje się, że Wietnamczyków da się lubić. Wołania i docinki z ulicy zeszły na dalszy plan, w końcu, dlaczego trzeba się tym przejmować? Ano nie trzeba, wcale. Jak się okazało, moją ścieżkę do łatwego nawiązywania znajomości z Wietnamczykami otworzył... taniec.
            Wiele wieczorów w tygodniu spędzam tańcząc w ulubionych miejscach. miejscach nie uwierzycie, ale wystarczy wyjść na parkiet, dobrze zatańczyć i nagle chcą Cię poznać zarówno Wietnamczycy, jak i Wietnamki. Pewnego razu w toalecie dopadł mnie pewien Wietnamczyk, który wyjaśnił, iż jego dziewczyna zaprasza mnie na drinka, gdyż bardzo mnie lubi sama nie wiedząc dlaczego, ale wstydziła się osobiście do mnie podejść i zacząć rozmowę ;) zabawne. Takich sytuacji miałam więcej. Okazuje się, że jestem dosyć rozpoznawana, nikomu nie przeszkadza to, czego mam za dużo, a czego za mało, a do tego pewna znajomość języka wietnamskiego i proszę... da się poznać sympatycznych ludzi, którzy w dodatku dopominają się Twojej obecności. To moja oszczędna osobista relacja...;)




 Takie tam.. taneczne fotki ;)

            Jednego wieczoru moja podróż do domu była szczególnie przyjemna. Wracając znów jako pasażerka skutera, słuchałam z wietnamskich kumplem muzyki płynącej z słuchawek podpiętych do mp3. Jadąc wolniutko ulicami Hanoi kiwaliśmy sobie głowami do rytmu, każde w inną stronę i każde śpiewając inne słowa. Nieliczni kierowcy, których mijaliśmy się wykręcali w naszą stronę głowy, aż miło ;) acg, magia chwili, to było bardzo klimatyczne przeżycie ;)




 Kilka zdjęć wykonanych wieczorowo-nocną porą ;)

            Nie zawsze powroty do domu wyglądają tak sympatycznie. Okazuje się, że w kręgach taksówkarzy i kierowców motorków również można być na językach. Sytuacja komplikuje się, kiedy Cię śledzą i namawiają do robienia z nimi „buum buum” (tak Wietnamczycy nazywają... sami wiecie co). To naprawdę jest obrzydliwe, a wielu z nich przeraża natarczywością do tego stopnia, że nie jeden raz trzeba było któregoś trzepnąć porządnie przez głowę. Oczywiście większość wietnamskich chłopaków i mężczyzn będzie twierdziła, że "mężczyźni w Wietnamie niedobrzy!", ale uwaga ta nie dotyczy ich samych. Takie poglądy wyznaje większość wietnamskich samców. Oto była relacja „grubej, ale ładnej Europejki” w Wietnamie...;) dziewczyny, tutaj trzeba uważać!
            W powyższym akapicie również nie zdecydowałam się ujawniać wielu szczegółów, ale sam wpis pojawił się, by pokazać, że przecież nie wszystko jest takie kolorowe, jakby się wydawało. To wszystko nie zmienia faktu, że w moim sercu nadal szaleje Wietnam.

            Kolejny wpis pojawi się szybko i będzie o mojej weekendowej wycieczce do zatoki Ha Long, która jest przecudownym miejscem, do którego chciałabym wrócić. 

środa, 26 października 2011

Martyna na Czarnym Lądzie

         Witam ponownie! Jestem zaskoczona ilością wiadomości z pretensjami o małej ilości update'ów, jakie dostaję....;) ale bardzo mi miło. W takim razie przepraszam za małą ilość wpisów, ale sami wiecie jak wygląda zakładanie internetu w akademiku, już pisałam o tych cudownych procedurach, a jakoś nie ma okazji, żeby przejść się na spokojnie do kawiarni wieczorem i korzystać z wifi. W każdym razie, obiecuję poprawę! ;) I proszę pamiętać o klikaniu na zdjęcia, wtedy można je zobaczyć w większym rozmiarze! 
           Dziś minął mój 29 dzień pobytu w Wietnamie. Starym zwyczajem, czuję jakby minęło o wiele więcej czasu, w tym wypadku jakieś 4 miesiące. Życie nabrało pewnej rutyny, która jednak nie jest do końca rutynowa...;) ta nie rutynowa rutyna objawia się w następujący sposób: od poniedziałku do piątku wstaję około 7:10 po uprzedniej walce w drzemkami w budziku. Szybki prysznic, wygrzebanie czegoś do ubrania z szafki i spacerek w stronę uniwersytetu, podczas którego zazwyczaj czeka mnie przystanek przy ‘banh my’ czyli malutkiej budce z bułkami. Niby zwykła bułka ze świeżo usmażonym, gorącym jajkiem, suszonym mięsem i ostrym sosem, ale tuż przed zajęciami jest idealna dla zabicia głodu i smakuje wyśmienicie. Od 8 do ok. 11:30 wykładowcy próbują nauczyć nas swojego ojczystego języka. Zajęcia okazały się być przyjemne, jest na nich wesoło, choć niemal każdego męczy poranne otępienie, bo też zajęcia zaczynamy przecież właściwie w środku nocy! Dwa lub trzy razy w ciągu zajęć ożywiamy się nieco na dziedzińcu uniwersytetu podczas przerw, które wykładowcy ustalają sobie według uznania. Po skończonych zajęciach często idziemy zjeść konkretny posiłek, czyli ryż z dodatkami do wyboru, lub np. ‘bun cha’ o którym chyba już pisałam. Alternatywą jest powrót do akademika i drzemka, która służy uprzedniemu niewyspaniu i udanie się na obiad w późniejszych godzinach. Czasami prosto po zajęciach jedzie się do centrum. Ja najbardziej lubię usiąść po zajęciach na ‘tra chanh’, czyli zielonej herbacie z limonką, cukrem i lodem. To też nie wydaje się być niczym niezwykłym, ale nie wyobrażam sobie dnia bez wypicia ‘tra chanh’. Popołudnie upływa na spacerach, wyjściu na zakupy, kawę, koktajl lub po prostu zwiedzaniu miasta. Wieczory i noce są intensywne i kolorowe...;)

Posiedzenie w 'bia hoi' czyli piwiarni ;) nie ma to jak wypić wietnamskie rozwodnione piwko i zagryzać surowymi sajgonkami! 

Takie tam.. godziny szczytu.


            Nim przejdę do głównego wątku dzisiejszego wpisu jeszcze kilka ciekawostek:
- W supermarketach panie przy kasie pakują podpaski w czarne worki w dodatku je związując, tak by nic nie było widać. Interesujące. Do tej pory nie wiedziałyśmy, że podpaski są czymś tak żenującym...;)
- Nie potrafimy wyjść ze zdumienia dla sposobu życia Wietnamczyków, którzy pracują w gastronomii, czyli na parterze swoich śmiesznych domów (wszystkie są bardzo wąskie, ale wysokie) prowadzą knajpy, kawiarnie, restauracje, piwiarnie itp. Przecież oni calutki dzień przesiadują w tym właśnie miejscu, pracując na zmianę, siedząc na malutkich plastikowych siedzonkach, wiecznie jedząc, pijąc, rozmawiając i skubiąc pestki słonecznika. Z kolei skąd tyle czasu mają przychodzący tam goście o każdej porze dnia? Godziny zajęć szkolnych i pracy muszą być zupełnie niereformowalne.
- Nadal z zainteresowaniem patrzę na hanojskie ulice i na to jak niezwykłe jest połączenie nowoczesności, prób wprowadzenia innej kultury z pewnym tradycjonalizmem. Naprzeciwko miejsca, w którym zawsze piję „tra chanh” jest uliczny fryzjer, czyli powieszone na ścianie budynku lustro, przed nim krzesło, a wokół tego krząta się właśnie fryzjer, depcząc po chodniku pełnym włosów, śmieci, pestek słonecznika itp. Zaraz obok znajduje się elegancka kawiarnia i mały market. Wystrojone panny manicure i pedicure robią sobie siedząc na chodnikach przy ulicach w warunkach w jakich nasz sanepid zapewne złapałby się za głowę. Swoją drogą niemal codziennie zdarza nam się wspomnieć o tym, że gdyby służby sanepidu zawitały do Wietnamu miałyby pracę do końca istnienia świata ;)



           To, co najbardziej zasługuje na opisanie zdarzyło się w sobotę. Nasza grupa postanowiła zwiedzić Pachnącą Pagodę, czyli Chua Huong, miejsce, którego zobaczenie kosztowało nas po 15 dolarów od osoby po wytargowaniu ceny o jakieś 10;)
            W sobotę o 8:30 pod akademik podjechał bus w którym było jeszcze dokładnie tyle miejsc ile nas czekało przy bramie. Wewnątrz siedzieli już Anglicy, Niemcy itp. itd. Około dwóch godzin jechaliśmy do miejsca, z którego do pagody wypływa się łodzią, ale i sama podróż nie była nudna. Fantastycznie było wreszcie zobaczyć coś poza zatłoczonym Hanoi! Nasze oczy cieszyła sceneria, która sprawiała, że w głowie huczało mi od myśli „tak, to jest Wietnam!” Z niemałym zachwytem patrzyłam jak zmieniał się krajobraz w miarę oddalania się od miasta. Ludzie pracowali na wielkich polach, w pobliży pasły się bawoły. Nieraz zza wysokich traw wystawały tylko słomkowe kapelusze. Najbardziej niezwykłe były jednak groby porozrzucane bezładnie na polach ryżowych. Piękne, duże pomniki z ołtarzykami i darami dla przodków. Ludzie często pracowali tuż w ich sąsiedztwie. Dla mnie widok niecodzienny, dla Wietnamczyków pochówek na polu ryżowym jest czymś zupełnie normalnym. Raz udało nam się zobaczyć coś w rodzaju cmentarza, przeważnie jednak grobów było obok siebie zaledwie kilka, czasami kilkanaście, a przeważnie stały po dwa, trzy, albo samotne. Czy pracujący tam Wietnamczycy myślą za każdym razem o swoich bliskich, którzy już odeszli gdy patrzą na te groby? Czy czują jakiegoś niezwykłego ducha, który snuje się między nimi i dodaje im sił do pracy? Tego jeszcze nie wiem... może to tylko moje głupie myśli, ponieważ dla mnie to zupełnie nowy widok.
            Wraz z Zupą zastanawiałyśmy się przez jakiś czas, czym są brązowe ziarenka, które suszyły się na chodnikach przed domami i po prostu na ulicy. Okazało się, że owa tajemnicza rzecz sukcesywnie rozjeżdżana przez samochody i skutery to po prostu ryż...;) Może tajemnicą wyśmienitego smaku tutejszego ryżu jest właśnie dodatek gumowego posmaku, czy osiadających spalin :D
            Po drodze pełnej niezwykłych widoków, śmiechów i wesołej paplaniny dotarliśmy do rzeki, przy brzegu której załadowaliśmy się do metalowych łodzi i przez dobre 40-50 minut płynęliśmy do Pagody.

 Nasz wesoły i sympatyczny przewodnik....

 ...zaprzyjaźnił się nawet z moim M*Issue ;)


Tak sobie płynęliśmy...;)

 W każdej łodzi wiosłowała jedna, drobna Wietnamka. Nasz wesoły przewodnik wyjaśnił, że to praca dla kobiet, by mężczyźni mogli w tym czasie iść ciężko pracować i zarabiać na życie. Cóż... wiosłowanie z ósemką grubych białasów na łodzi przez tak długi czas to przecież lekka praca, kto by się tam zmęczył czymś takim. Uderzyły mnie wyjaśnienia przewodnika, przez jedno słowo którego użył odpowiadając na nasze pytania, dlaczego wiosłują kobiety: „this is their ONLY job, their do it and then man can go to the factory to work”. Only job... ale cóż. Dla nich to też nie jest niczym niezwykłym. Udało nam się również dowiedzieć, dlaczego łodzie są metalowe, a nie drewniane jak w innych częściach Wietnamu. Otóż zrobienie jednej metalowej łodzi to koszt 100 dolarów, a drewnianej 200. I wszystko jasne.  
            Płynąc rzeką nie wiedziałam w którą stronę kierować obiektyw, wszystko wokół było zachwycające. Właściwie to tylko same góry i trzciny w wodzie, co nie zmienia faktu, że sceneria jest oszałamiająca. Oto kilka przykładów, choć niestety zdjęcia nie oddają piękna tamtego miejsca:




 Tym razem na wodzie, nie na polach ryżowych... wspaniałe miejsce. 



 Jak przetransportować jedną łódkę za pomocą drugiej...;)




 Wodny parking. 


Tę fotografię wstawiam, bo po prostu mi się spodobała..;)

            Niestety w końcu trzeba było wysiąść z łodzi i wtedy w pełni poczuliśmy palące słońce, które wkrótce nie omieszkało zamienić naszych twarzy w buraczane okręgi, jak i również obdarzyło nasze blade ciała ognistym kolorem. Udaliśmy się na zapewniony lunch, na który składały się sajgonki, ryż, gotowana kapusta, ryby, jakieś danie złożone głównie z mięsa i cebuli i oczywiście ze znienawidzonego przeze mnie tofu. Banany dopełniły posiłku i można było ruszać. Oczywiście okazało się, że zjedzenie obfitego posiłku przed wspinaczką w dokuczliwym słońcu i wysokiej temperaturze nie było najlepszym pomysłem, ale wtedy jeszcze o tym nie myśleliśmy. Wspinaczka po kamiennych wysokich schodach, o nieregularnych kształtach była bardzo męcząca, co kawałek wołały do nas babcie oferując zimną wodę i colę, a ceny nie były nawet takie drakońskie. Cały wysiłek okazał się jednak być opłacalny. Do pagody schodzi się kamiennymi schodami, na których spędziłam dobre 10 minut oglądając największego pająka, jakiego kiedykolwiek widziałam na żywo. Dziękowałam tylko wszystkim siłom wszechświata, że wisiał dosyć wysoko nad nami, gdyż ( o czym większość z Was wie) bardzo, ale to bardzo nie lubię tych stworzeń. A ten był po prostu przeogromny. Wcale nie koloryzuję. Wielki, czarny i... wielki.








Zejście do pagody. 

            Pachnąca Pagoda, rzecz jasna, pięknie pachnie kadzidłami. Jest miejscem niezwykłym i pobyt w niej zrobił mi bardzo dobrze. Przy jednym z ołtarzy postanowiłam porozmawiać z przodkami, może jacyś słuchają? O co prosiłam pozostanie tajemnicą, ale faktem jest to, że po opuszczeniu pagody nawiedziła mnie dziwna, ale bardzo pozytywna energia, która dosłownie mnie rozpierała. Dla tego uczucia mogłabym częściej pokonywać mordercze schody!








            Drogę w dół spędziłam w kolejce, a widoki z niej spełniły moje oczekiwania. Wewnątrz udało nam się porozmawiać z Wietnamczykami i w efekcie krótki zjazd był bardzo przyjemny.
            Ostatnim punktem programu było zwiedzenie mniejszej świątyni, tym razem położonej niemal na samym dole. Dziedziniec, wszystkie budynki i pomniki oczywiście są bardzo piękne, co widać na załączonych zdjęciach...;)



 Nie mogłam nie poprosić o zrobienie mi zdjęcia z lwem! M*Issue też zadowolony ;)



 Fotografia pt: Odpoczywający mnich. 


Nasza wesoła ekipa z dodatkiem czeskim i rosyjskim i uroczym przewodnikiem. 







            Tradycyjnie droga powrotna minęła zbyt szybko, a tak bardzo nie chciałam wysiadać z łodzi... ale wszystko co dobre szybko się kończy. W busie sporo ludzi drzemało, było ogólnie dosyć cicho i o wiele spokojniej niż podczas jazdy do Pagody. Jednak moja dziwna energia nie pozwoliła mi spać, wręcz przeciwnie, wraz z Zupą słuchałyśmy piosenek z mojego odtwarzacza mp3, głośno śpiewałyśmy i tańczyłyśmy... na siedząco. Calutką drogę. Widocznie w ten sposób objawia się u nas zmęczenie.
            Pachnącą Pagodę warto odwiedzić z powodu wspaniałych widoków, niesamowitej atmosfery i... jeszcze raz widoków. Mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję się tam wybrać.

 Zapomniałam... wsiadanie do łódki było co najmniej ekscytujące. 


 M*Issue w kolejce ;)





        Wpis przygotowałam już wczoraj i od tamtej pory nie wydarzyło się właściwie nic nadzwyczajnego. M*Issue dostał ode mnie fanta w postaci małego, słomkowego kapelusza ;) wygląda jak zwykły non, ale jest dopasowany do wielkości misia. Zrobię mu fotkę w jakimś klimatycznym miejscu i pokażę Wam mojego małego towarzysza podróży z wietnamskim akcentem ;)
       Zastanawia mnie, czy po powrocie do Polski zostaną mi jakieś nieładne nawyki ;) a gdybym tak w restauracji zaczęła odpadki i chusteczki wyrzucać a podłogę? Albo wzorem Wietnamek siedzących w obcisłych ciuszkach w panterkę i szpileczkach pluła w knajpie na podłogę? Na pewno byłoby to interesujące. 

         Mam w zwyczaju wyjaśniać tytuły wpisów, ale... tym razem niech intryguje. Powiem tylko, że odnalazłam swoją Afrykę w Wietnamie. 

       Do zaś!