wtorek, 15 listopada 2011

Różne różności...

           Witam po długiej przerwie i cóż... zapraszam do czytania!


           10 listopada Polacy przebywający na terenie Wietnamu mogli dzielić się radością z powodu obchodów rocznicy odzyskania niepodległości na terenie ambasady Polski. Miło było znaleźć się w gronie rodaków, oraz tylu Wietnamczyków mówiących po polsku – dosyć niecodzienny widok.
            Muszę się do czegoś przyznać. Nie tęsknię wcale za polskim jedzeniem w przeciwieństwie do moich znajomych, którzy ucieszyli się na widok flaczków, bigosu, pierogów i sałatki jarzynowej ;) tak więc smętne rozmyślania i melancholię zostawiłam sobie na kolejny dzień, kiedy przypadała faktyczna data święta, a tamtego dnia bawiłam się i miło spędzałam czas. Nie będę zbytnio rozpisywała się na temat tego przyjęcia, na zdjęciach zobaczycie jak to wszystko wyglądało, a tymczasem pozwolę sobie przejść do opowieści różnych treści. 




 Takie tam... wielkie Panie w ambasadzie ;)



            Stało się to, czego chciałam uniknąć, będąc świadoma i uprzedzona przed takimi wydarzeniami. Otóż wczoraj w nocy, wracając do akademika, do którego podrzucał mnie skuterem wietnamski przyjaciel zostałam okradziona. Tak, podczas jazdy skuterem. Siedziałam oczywiście za moim kierowcą z torebką przewieszoną przez ramię i dla bezpieczeństwa trzymaną przed sobą, przyciśniętą do siedzenia. Nie usłyszałam nawet motoru, który podjechał do nas z dużą prędkością. Kierowca wprawnie zbliżył się do nas, a pasażer sięgnął za siebie, złapał za ucho torebki i szarpnął. Cóż, nie poddałam się bez walki. Automatycznie chwyciłam wyślizgujące się ucho i pociągnęłam do siebie, ale tamten okazał się być silniejszy i pozostawiając na mojej ręce wspaniałe ślady, zerwał ucho torebki i 3 sekundy później znikli nam z oczu. Opowiadając o tym mogę podać mnóstwo takich szczegółów, ale wszystko działo się tak szybko i sprawnie, że mam pewność, iż była to robota „profesjonalistów”, a nie przypadkowych piratów drogowych. Elementem zaskoczenia był fakt, iż nie puściłam od razu torebki i zauważyłam lekką konsternację w ich czynach, co nie zmienia faktu, że i tak zrobili swoje. Oczywiście więc straciłam mnóstwo dokumentów wypełniających mój portfel, a także sentymentalne śmieci i wizytówki, których nie mogło w nim zabraknąć, około 15 dolarów, sweterek, długopis, trochę babskiego sprzętu upiększającego, tabletki na kaszel itp. itd. a prócz tego... rolkę papieru toaletowego. Cóż, 15 dolarów to na pewno nie jest łup, który zadowoli takich złodziei, więc w przypływie czarnego humoru mój przyjaciel i ja zaśmiewaliśmy się, że papier będą mieli na otarcie łez.
            Od tej pory nie będę już więc mówiła „w Wietnamie to się zdarzają takie rzeczy, jak...”, tylko „taka rzecz przytrafiła się mi.” Mam relację z pierwszej... no tak, z tej nieszczęsnej ręki. Nie pomogło nawet wcześniejsze przygotowanie na taką ewentualność.

            Po dramatycznej opowieści czas na nieco weselsze szczegóły. Okazuje się, że Wietnamczyków da się lubić. Wołania i docinki z ulicy zeszły na dalszy plan, w końcu, dlaczego trzeba się tym przejmować? Ano nie trzeba, wcale. Jak się okazało, moją ścieżkę do łatwego nawiązywania znajomości z Wietnamczykami otworzył... taniec.
            Wiele wieczorów w tygodniu spędzam tańcząc w ulubionych miejscach. miejscach nie uwierzycie, ale wystarczy wyjść na parkiet, dobrze zatańczyć i nagle chcą Cię poznać zarówno Wietnamczycy, jak i Wietnamki. Pewnego razu w toalecie dopadł mnie pewien Wietnamczyk, który wyjaśnił, iż jego dziewczyna zaprasza mnie na drinka, gdyż bardzo mnie lubi sama nie wiedząc dlaczego, ale wstydziła się osobiście do mnie podejść i zacząć rozmowę ;) zabawne. Takich sytuacji miałam więcej. Okazuje się, że jestem dosyć rozpoznawana, nikomu nie przeszkadza to, czego mam za dużo, a czego za mało, a do tego pewna znajomość języka wietnamskiego i proszę... da się poznać sympatycznych ludzi, którzy w dodatku dopominają się Twojej obecności. To moja oszczędna osobista relacja...;)




 Takie tam.. taneczne fotki ;)

            Jednego wieczoru moja podróż do domu była szczególnie przyjemna. Wracając znów jako pasażerka skutera, słuchałam z wietnamskich kumplem muzyki płynącej z słuchawek podpiętych do mp3. Jadąc wolniutko ulicami Hanoi kiwaliśmy sobie głowami do rytmu, każde w inną stronę i każde śpiewając inne słowa. Nieliczni kierowcy, których mijaliśmy się wykręcali w naszą stronę głowy, aż miło ;) acg, magia chwili, to było bardzo klimatyczne przeżycie ;)




 Kilka zdjęć wykonanych wieczorowo-nocną porą ;)

            Nie zawsze powroty do domu wyglądają tak sympatycznie. Okazuje się, że w kręgach taksówkarzy i kierowców motorków również można być na językach. Sytuacja komplikuje się, kiedy Cię śledzą i namawiają do robienia z nimi „buum buum” (tak Wietnamczycy nazywają... sami wiecie co). To naprawdę jest obrzydliwe, a wielu z nich przeraża natarczywością do tego stopnia, że nie jeden raz trzeba było któregoś trzepnąć porządnie przez głowę. Oczywiście większość wietnamskich chłopaków i mężczyzn będzie twierdziła, że "mężczyźni w Wietnamie niedobrzy!", ale uwaga ta nie dotyczy ich samych. Takie poglądy wyznaje większość wietnamskich samców. Oto była relacja „grubej, ale ładnej Europejki” w Wietnamie...;) dziewczyny, tutaj trzeba uważać!
            W powyższym akapicie również nie zdecydowałam się ujawniać wielu szczegółów, ale sam wpis pojawił się, by pokazać, że przecież nie wszystko jest takie kolorowe, jakby się wydawało. To wszystko nie zmienia faktu, że w moim sercu nadal szaleje Wietnam.

            Kolejny wpis pojawi się szybko i będzie o mojej weekendowej wycieczce do zatoki Ha Long, która jest przecudownym miejscem, do którego chciałabym wrócić. 

2 komentarze:

  1. przykro mi z powodu Twojego portfela z sentymentalnymi różnościami. czuję się jednocześnie zobowiązana do zrobienia Ci jakiejś nowej sentymentalności. ot co.

    OdpowiedzUsuń
  2. fajowe fotki, ciekawy wpis. Następnym razem nie oddawaj tak łatwo portfela tylko powalcz jeszcze przez chwilę, czekamy na kolejne ciekawostki xD pozdro Baty &N

    OdpowiedzUsuń